logo
Środa, 23 września 2020 r.
imieniny:
Bogusława, Liwiusza, Tekli, Konstancjusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Ewelina Pitala
Ścieżkami wiary
Wydawnictwo JUT


Ścieżkami wiary to zbiór wywiadów z ludźmi powszechnie znanymi i osobami zaangażowanymi w działalność dla dobra innych. Wszyscy są katolikami – swoją wiarę wplatają w codzienne życie, problemy, radości, a także tragedie. Ich piękne i głębokie zwierzenia fascynują i wzruszają – nie są zwykłą, suchą relacją, ale świadectwem kroczenia za Chrystusem i dojrzewania w wierze.


Wydawca: Wydawnictwo JUT 
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-62293-89-6
Format okładki: 125x195
Liczba stron: 456
Rodzaj okładki: Miękka
 
 


 
Staram się mądrze pomagać (4)



Ostrzał

Inny cud miał miejsce w Sarajewie w 1994 roku. Wracając z konwojem do Polski (to był trzynasty konwój), jechaliśmy przez górę Igman bardzo wąską drogą, jedyną, którą można było wjechać i wyjechać z Sarajewa. Samochody poruszały się wahadłowo. Na nieosłoniętym, dwukilometrowym odcinku drogi Serbowie prowadzili ostrzał, więc trzeba było przejeżdżać tamtędy nocą, z wygaszonymi wszystkimi światłami.

W trakcie naszego przekradania się tą trasą, konwój został ostrzelany. Przed naszym samochodem wybuchł pocisk, którego podmuch zsunął nasz pojazd do przepaści. Pomyślałam wówczas, że to już koniec. Wiedziałam, że pod nami zieje ogromna przepaść. Byłam świadoma, że nie mamy szans... Zdążyłam tylko pomyśleć: "Panie Boże, szkoda...".

Gdy spadaliśmy, otworzyła się klapa od silnika i samochód się zaklinował na 15. metrze na uskoku. Pod nami było jeszcze 70 metrów. To wydarzyło się w listopadzie – w grudniu tego samego roku zginęło tam dziewięciu Francuzów w samochodzie opancerzonym.

A dla nas stał się cud – uratowaliśmy się i w dodatku nikomu nic się nie stało. Ja byłam tylko posiniaczona, bo koziołkowałam w samochodzie. Kierowca i nasz przewodnik wypadli przez szybę, ale mieli na sobie kamizelki kuloodporne, więc nie odnieśli poważnych obrażeń.

Wejść we współpracę z Bogiem

To były rzeczywiście wielkie cuda, ale tak naprawdę rzeczy niezwykłe zdarzają się co dzień. Może niewłaściwie nazywam je cudami – niemniej jednak widzę dotknięcie tajemnicy w tym, że wydarza się coś, czego bardzo potrzebujemy, a jednocześnie czego się w ogóle nie spodziewamy.

Gdy organizowałam pierwszy konwój do Sarajewa, nie miałam pozornie niczego, co mogłoby mi umożliwić zrealizowanie tego przedsięwzięcia. Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, nie posiadałam ani pieniędzy, ani pomysłu, skąd wziąć ciężarówki i dary. Nie miałam też pojęcia, jak dojechać przez tereny, gdzie toczą się walki. Wiedziałam jedno z całą pewnością: Musiałam ten konwój zorganizować, bo chciałam, żeby z Polski pojechała pomoc do Bośni. I okazało się, że Pan Bóg już wszystko przygotował, ja tylko miałam uczynić z wiarą pierwszy krok.

Pojechałam do radia, aby umówić się z dziennikarzem na program radiowy, a on mówi: "Wie pani, teraz akurat mam czas, więc wchodzimy na antenę". To była radiowa Trójka. Tomek Kowalczewski pytał: "Była pani w Sarajewie? Co pani widziała? Jakiej pomocy potrzeba? Słyszałem, że chce pani zorganizować konwój?". Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Na końcu programu poprosił: "Proszę podać numer telefonu, pod jaki ludzie mogą się zgłaszać".

Podałam numer telefonu kobiety, którą poznałam w Warszawie tego samego dnia. Po audycji chciałam zatelefonować do niej, żeby przeprosić, że bez jej zgody udostępniłam jej numer, ale już nie mogłam się dodzwonić – telefon był zajęty. Okazało się, że chęć pomocy, otwartość, ogromne współczucie dla ofiar wojny w Sarajewie były w Polakach tak wielkie, że wystarczyło, że ktoś powiedział: "Ja to zorganizuję" i poprosił o wsparcie na ten cel, aby od razu nadeszła odpowiedź. Dostałam wszystko: media, dary, ciężarówki, pieniądze, ludzi – po prostu wszystko. Oczywiście trzeba było to jeszcze zorganizować, ale coś człowiek musi też zrobić sam... Teraz postrzegam to właśnie jako dar na początek.

Odkryć swoje możliwości

Zawsze bardzo głęboko współczułam ofiarom wojen. Jeżeli coś mnie przerażało, to machina, której nie można było powstrzymać, a wydawałoby się, że to takie proste: Jeśli grożą gdzieś wojny, to wystarczy, żeby ludzie swoje problemy zaczęli rozwiązywać w inny sposób niż zabijając się nawzajem.

Najważniejsze myśli, jakie mnie zajmowały podczas pierwszego pobytu w Sarajewie, to pytanie: Co mogę zrobić? Jak widać, mogłam dużo i ciągle jeszcze mogę. Człowiekowi tylko się wydaje, że nic nie może zrobić. Często opuszczamy ręce i dochodzimy do wniosku, że nie warto niczego podejmować, bo "tak musi być". Tymczasem jeśli człowiek próbuje, to jakieś możliwości zawsze się znajdą.

Jestem absolutnie przekonana, że każdy z nas swoim sposobem życia może wpływać pozytywnie albo negatywnie na życie ludzi w krajach Globalnego Południa (tak się je dzisiaj nazywa – kiedyś mówiło się o nich: kraje Trzeciego Świata), czyli w państwach najbiedniejszych.

Sztuka odmawiania

Gdy ktoś mnie pyta, czy kiedyś miałam ochotę porzucić tę pracę, odpowiadam zdecydowanie: Nie! Rozpoczynając ją, podjęłam zobowiązanie zarówno wobec tych, którzy oczekują na pomoc, jak i tych, którzy chcą za naszym pośrednictwem pomagać. Zrezygnowanie z tej działalności, z takiego zobowiązania byłoby nieodpowiedzialne.

Owszem, czasami przychodzi zmęczenie, ale wtedy wystarczą mi dwa dni regeneracji. Poza tym zmęczenie dopada mnie głównie wówczas, kiedy się coś nie powiedzie. Ale nawet jeśli się tak dzieje, można pomyśleć, co należy zrobić, aby się udało. Wykonując naszą pracę, musimy mieć świadomość, że wszystkim nie pomożemy, że wszystkiego nie zrobimy, więc po prostu trzeba umieć wybierać.

Pomaganie jest w pewnym sensie sztuką odmawiania. Aby pomoc była skuteczna i mądra, trzeba umieć wybrać, komu i w czym chcę pomóc. Jeżeli będę pomagać bezdomnym, biednym, chorym na raka i jeszcze dzieciom niepełnosprawnym, bo chcę swoją dobrocią ogarnąć wszystkich, to w efekcie niewiele zrobię. Podobnie jest tam, gdzie toczy się albo toczyła wojna czy na terenach dotkniętych katastrofami naturalnymi. Wszędzie potrzeby są ogromne, zarówno co do ilości, jak i rodzaju.

Na przykład na Sri Lance założyliśmy misję, aby dostarczać ludziom poszkodowanym przez tsunami czystą wodę, której nie mieli. Ustawiliśmy filtry na lagunie i oczyszczaliśmy wodę. Następnie rozwożono ją do obozów, gdzie przebywali ludzie, którzy stracili domy i bliskich. Była to logistycznie bardzo trudna praca. Wykonywały ją dwie osoby – koordynatorzy z Polski, ale mieliśmy też lokalnych pracowników, techników, kierowców itd.

Gdyby pracownicy Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH), obecni tam na miejscu, chcieli oprócz tego stawiać jeszcze namioty dla uchodźców, zajmować się rozdawaniem żywności i leczeniem, nie zrobiliby niczego dobrze. Jeśli w takiej sytuacji przychodzi ktoś chory, należy go skierować do organizacji, która tym się zajmuje. Jeśli ktoś przychodzi po żywność - wyjaśnić: Nie, my nie rozdajemy żywności, to robi ktoś inny; my zajmujemy się filtrowaniem i rozwożeniem uzdatnionej wody. Trzeba umieć odmówić udzielania pomocy w każdej dziedzinie. Jest to bardzo trudne, ale konieczne, jeżeli chcemy, żeby nasza pomoc okazała się efektywna.

Gdy rozmawiam z pracownikami jadącymi na misje, zwracam ich uwagę na to, że będą mieli do czynienia z tysiącami osób, którym nie będą w stanie pomóc i będą musieli umieć odmówić. Często nie potrafimy odmówić, bierzemy zbyt wiele na siebie i w konsekwencji nasze działanie jest powierzchowne. Czasem chcemy być wszędzie, a w rezultacie nigdzie nie jesteśmy.

Trudniej zaangażować się w jedną sprawę, bo trzeba dokonać świadomego i odpowiedzialnego wyboru. Jeśli zakładam jedną rodzinę, to właśnie za nią jestem odpowiedzialna – nie mam potem jeszcze drugiej, trzeciej i czwartej. Odpowiedzialność za nasze czyny jest bardzo ważna w życiu społecznym, a jeżeli chcemy nazywać się chrześcijanami, jesteśmy zobowiązani do niej jeszcze bardziej.

 



Pełna wersja katolik.pl