logo
Środa, 23 września 2020 r.
imieniny:
Bogusława, Liwiusza, Tekli, Konstancjusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Ewelina Pitala
Ścieżkami wiary
Wydawnictwo JUT


Ścieżkami wiary to zbiór wywiadów z ludźmi powszechnie znanymi i osobami zaangażowanymi w działalność dla dobra innych. Wszyscy są katolikami – swoją wiarę wplatają w codzienne życie, problemy, radości, a także tragedie. Ich piękne i głębokie zwierzenia fascynują i wzruszają – nie są zwykłą, suchą relacją, ale świadectwem kroczenia za Chrystusem i dojrzewania w wierze.


Wydawca: Wydawnictwo JUT 
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-62293-89-6
Format okładki: 125x195
Liczba stron: 456
Rodzaj okładki: Miękka
 
 


 
Każdy ma swoje Camino (4)


Ale Ty pewnie nie chciałaś zgodzić się na szpital...

Bałam się, że będą kazali mi odpocząć. A to, że bolały mnie stopy, wcale nie oznaczało, że nie mam siły, żeby iść. Znajomi nakłaniali mnie: "Niech ci to opatrzy specjalista!". W końcu powiedziałam: "Dobrze, ale zgadzam się tylko ze względu na was! Żebyście nie musieli przeze mnie zwalniać!".

Poszliśmy do miasta, do centrum zdrowia. Pielęgniarka opatrzyła mi nogi i udzieliła kilku wskazówek. Powiedziała, że bardziej niż stopy martwi ją moja opuchlizna. Dostałam receptę na nowe leki i nakaz odpoczynku... Pielęgniarka poleciła, żebym pojechała pociągiem do León. Z rozsądku zgodziłam się... Wykupiłam lekarstwa. Brałam je, ale po jakimś czasie zaczęłam mieć ten sam problem z drugą nogą – dobrze, że tabletki działały, ale szkoda, że nie działały też zapobiegawczo... Samotnie doczłapałam na dworzec i pojechałam do León, gdzie spędziłam całą dobę. Towarzysze dołączyli do mnie następnego dnia.

Nie było Ci smutno samej?

Uznałam, że trzeba przyjmować to, co się dzieje, bo każdy ma swoje własne camino. Jeden może iść cały czas, drugi musi zrobić sobie przerwę... Na poprawę humoru kupiłam sobie kolczyki.

Poszłam pod katedrę poszukać jakichś tropów prowadzących do schroniska. Gdy rozmawiałam z dwiema kobietami o punkcie informacji turystycznej, podszedł do mnie nieznany mężczyzna i zapytał, czy jestem pielgrzymem. Odpowiedziałam twierdząco, na co on zrobił wielkie oczy. Wypytywał mnie, jak się idzie, ile już przeszłam, czy cały czas sama niosę plecak, jakie są warunki w schroniskach itd. Na koniec stwierdził: "Prawdziwy pielgrzym: opalona, zmęczona i z obolałymi nogami". Zamieniłam jeszcze parę słów z kobietami i powiedziałam: "Idę szukać informacji turystycznej". Nagle jeszcze raz podszedł do mnie ów mężczyzna i zapytał: "Przepraszam, czy mogę zrobić ci zdjęcie?". Zgodziłam się. Był tak zachwycony, że już wtedy mi pogratulował, a na koniec stwierdził: "Jesteś moim idolem!". To była drobnostka, ale niesłychanie mnie wzmocniła.

Dużo pielgrzymów spotyka się na trasie?

Gdy idzie się przez Kastylię, w zasięgu wzroku często nikogo nie widać. Z ludźmi spotykamy się dopiero wieczorami w schroniskach. Z kolei w Galicji były już tłumy. Aby mieć zaliczone camino i otrzymać certyfikat (compostelę), trzeba przejść minimum 100 km, więc od tego punktu pielgrzymuje naprawdę dużo ludzi.

Kiedyś uciekaliśmy przed szkolną wycieczką – 150 dzieciaków w wieku gimnazjalnym. To było dla mnie przypomnienie: "Wow, jest inne życie!". Szłam wtedy tylko z ks. Radkiem do centrum zdrowia. Wychodząc z miasta, usłyszeliśmy krzyki, myśleliśmy, że coś się stało. Wyprzedziliśmy grupę pielgrzymów konnych, więc byłam przekonana, że mają problem z którymś koniem. Dopiero po kilkunastu minutach zorientowaliśmy się, że goni nas wielka grupa młodzieży. Natychmiast przyspieszyliśmy kroku, żeby się z nimi nie spotkać. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę przy lodówce z coca-colą, która była napojem towarzyszącym nam przez całe camino.

Pijąc, zobaczyliśmy, że grupa jest tuż, tuż. Powiedziałam tylko: "Nie!". Porwaliśmy butelki i piliśmy w biegu. Przy takiej liczbie ludzi pielgrzymka traci charakter... Doszliśmy do jakiejś miejscowości i weszliśmy do kościoła, by zmówić jutrznię, choć było już bliżej południa niż poranku. Zrobiliśmy parę zdjęć, napiliśmy się i stwierdziliśmy, że olbrzymia grupa już nas minęła. Po kilkunastu kilometrach spotkaliśmy ich znowu – młodzież "wszelkiej maści". Gdy koło nich przechodziliśmy, widzieliśmy, że zbierają się już do wyjścia, więc lekko przyspieszyliśmy.

Zeszliśmy z górki i ponownie siedliśmy na schodkach z coca-colą, żeby przeczekać, aż ta grupa przejdzie. A oni szli i szli... Przyglądałam się im: jedna dziewczyna była w szpilkach, ktoś inny z magnetofonem... Dla nich to była wycieczka turystyczna. Przepuściliśmy ich i szliśmy swoim tempem, ale i tak co trochę na siebie nachodziliśmy. Oni patrzyli na nas i mówili: "Ooo! Prawdziwi pielgrzymi...".

Nigdy się nie zgubiliście? W końcu to obcy kraj...

Szlaki są oznakowane bardzo dobrze. Kierunek wyznaczają muszle i żółte strzałki, które można zobaczyć dosłownie wszędzie! W Galicji co pół kilometra stoją słupki z informacją, ile kilometrów zostało do Santiago. Teoretycznie zgubienie się jest niemożliwe, ale my z Ritą tego dokonałyśmy i to w moje urodziny, dwa dni przed dotarciem do celu! Ze względu na brak miejsc spałyśmy w innym schronisku niż księża. Umówiliśmy się, że spotkamy się następnego dnia na drodze.

Hospitalero polecił, abyśmy rano wyszły przez ogródek, bo główne drzwi będą zamknięte. Wyszłyśmy ze schroniska jako pierwsze, kiedy było jeszcze ciemno (w Hiszpanii we wrześniu słońce wstaje późno). Wiedziałyśmy, że mamy iść około 20 minut do miasteczka, w którym miałyśmy się spotkać z ks. Radkiem i ks. Maćkiem. Faktycznie w oddali widziałyśmy miasteczko. Szłyśmy już trzydzieści minut, przeszłyśmy przez mostek i rzeczkę, o której nam mówił ks. Radek (a przynajmniej tak mi się wydawało), na skrzyżowaniu tak, jak kazał, skręciłyśmy w lewo. Gdy zbliżyłyśmy się do miasteczka, coś nam nie pasowało - po pierwsze nazwa, po drugie zorientowałyśmy się, że po drodze nie widziałyśmy słupków z muszlami.

Zadzwoniłam do ks. Radka i okazało się, że jesteśmy w innym miejscu... Musiałyśmy zawracać 2 km i jeszcze do nich iść 1,5 km. Straciłyśmy właściwie półtorej godziny. W końcu wróciłyśmy do miejsca naszego noclegu. Okazało się, że wszyscy wychodzący udali się w zupełnie innym kierunku. Pomyliłyśmy trasy – z tyłu znajdowała się inna droga... Przeszłyśmy tym sposobem 5 km więcej. Stwierdziłam: "Nawet camino ma dla mnie prezent urodzinowy!"... [śmiech].

Który dzień wspominasz najlepiej?

Dzień, w którym przechodziliśmy przez góry. Wyobrażałam sobie tamtejsze góry jak Tatry, bo były podobnej wysokości. Myślałam, że będzie dużo schodów, i bardzo martwiłam się o swoje kolano. Któregoś ranka zauważyłam, że mam dziury w podeszwach, i zdecydowałam się zmienić buty treckingowe na sandały. Idąc w sandałach, zapytałam kogoś ot tak, żeby zagadać: "Kiedy będą góry?". Odpowiedź mnie zszokowała, bo usłyszałam: "Dzisiaj wchodzimy". Odparowałam: "Jak to: dzisiaj?! Przecież idę w sandałach...". Z lenistwa nie zmieniłam butów; uznałam, że będę szła w sandałach tyle, ile dam radę. Tak naprawdę nawet nie zauważyłam, kiedy weszliśmy w góry. W końcu cały etap przeszłam w sandałach.

Miałam obawy co do tego dnia, bo byłam już przemęczona. Ku mojemu zdumieniu to był najwspanialszy dzień w całym camino. Wtedy szliśmy w komplecie, we czwórkę i przeszliśmy po górach 30 km. To był chyba czternasty dzień wędrowania. Widoki były przepiękne, ganialiśmy się i biliśmy kijkami. Czułam się jak w pierwszym dniu – żadnego bólu, żadnego zmęczenia... Gdy ludzie zobaczyli, że mamy siłę się ścigać, myśleli, że dopiero zaczęliśmy szlak. W dodatku miasteczko, w którym się zatrzymaliśmy, było ładne i hospitalero w albergue okazał się sympatyczny. To pozytywnie nas zaskoczyło w momencie, kiedy byłam pełna obaw.

 



Pełna wersja katolik.pl