logo
Czwartek, 04 czerwca 2020 r.
imieniny:
Christy, Helgi, Karola, Franciszka – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Ewelina Pitala
Ścieżkami wiary
Wydawnictwo JUT


Ścieżkami wiary to zbiór wywiadów z ludźmi powszechnie znanymi i osobami zaangażowanymi w działalność dla dobra innych. Wszyscy są katolikami – swoją wiarę wplatają w codzienne życie, problemy, radości, a także tragedie. Ich piękne i głębokie zwierzenia fascynują i wzruszają – nie są zwykłą, suchą relacją, ale świadectwem kroczenia za Chrystusem i dojrzewania w wierze.


Wydawca: Wydawnictwo JUT 
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-62293-89-6
Format okładki: 125x195
Liczba stron: 456
Rodzaj okładki: Miękka
 
 


 
Każdy ma swoje Camino (3)


Dojechaliście do Logroño i...

Znaleźliśmy się na dworcu i zapytaliśmy w punkcie informacji, jak dojść na szlak św. Jakuba. Doskonale zorientowana kobieta dała nam mapę z dokładnie zaznaczonym szlakiem i pokazała, w którą stronę iść. Na mapie widzieliśmy, że jesteśmy blisko schroniska. Uznaliśmy, że skoro tak, to musi być gdzieś w pobliżu strzałka i muszla. Pierwszą muszlę i strzałkę znalazłam ja! Faktycznie była niedaleko nas. Podążając za strzałkami, dotarliśmy do albergue...

Pierwszy nocleg był udany?

Tak, bez problemu dostaliśmy nocleg, wprawdzie na podłodze, ale jednak w bezpiecznym miejscu. Hospitalero, zanim wskazał nam miejsca, poczęstował nas wodą z cytryną i zaczął wypytywać o wrażenia po kolejnym dniu pielgrzymowania. Gdy się okazało, że dopiero zaczynamy, Francesco założył nam paszporty. Każdy pielgrzym musi mieć specjalny paszport (credencial), który jest "dokumentacją" jego pielgrzymki. Pozwala to na stosunkowo tanie noclegi w albergue. We wszystkich schroniskach, a także w barach, restauracjach, piekarniach, sklepach i punktach informacji turystycznej wbijane są pieczątki do paszportu. Spisuje się także dane, na podstawie których tworzy się statystyki.

W naszym pierwszym albergue gospodarze chcieli zawiązać wspólnotę między caminowiczami. Najpierw odbyła się Msza Święta ze specjalnym błogosławieństwem dla pielgrzymów, później wspólna kolacja, a na koniec modlitwy w każdym języku. Kolacja była przyrządzona przez pielgrzymów – pielgrzymi dla pielgrzymów. W tym schronisku nie określono ceny za pobyt, wszystko było donativo (po hiszp. "co łaska"). Pamiętam również, że mogliśmy napisać na kartce jedną z intencji, w których pielgrzymujemy. Zostawialiśmy ją w skrzyneczce, a w zamian braliśmy inną karteczkę – z intencją kogoś, kto był w tym schronisku parę dni wcześniej. Intencję tę nieśliśmy aż do Santiago, by przedstawić ją św. Jakubowi. Hospitalero doradził nam, gdzie możemy kupić muszle – znak pielgrzyma. Kupiliśmy je, przypięliśmy do plecaków i po tym noclegu zostaliśmy już prawdziwymi caminowiczami.

Jakich ludzi spotyka się na szlaku?

Caminowicze mają najczęściej po 40-50 lat. Pochodzą ze wszystkich zakątków świata – od Korei, poprzez Niemcy i Włochy, aż po Kanadę. Z wieloma rozmawia się bądź pozdrawia na szlaku, mówiąc "Hola!" lub "Buen camino". Każdy jest inny – ma swoją historię i powody, dla których znalazł się na camino. Nie wszyscy są wierzący; wielu właśnie tam poszukuje Boga. Podobno tylko trzy- dzieści procent ludzi pielgrzymuje w celach religijnych.

Pamiętam, że w jednej wiosce (Ventosa) nie mogliśmy znaleźć klucza do kościoła i zdecydowaliśmy się odprawić Mszę na ołtarzu z plecaków. Zabrakło jednak wina. Poprosiliśmy o nie mieszkańca wioski, który pomagał nam znaleźć klucz. Powiedział, że ma napoczęte tylko czerwone wino, ale specjalnie dla nas może otworzyć białe. W końcu przyniósł całą butelkę i powiedział: "Odprawcie Mszę, a resztę wypijcie za nasze zdrowie". Tego dnia wędrowała z nami Polka mieszkająca na stałe w Irlandii, którą poznaliśmy dzień wcześniej. Wiele radości sprawił jej fakt, że będzie mogła uczestniczyć we Mszy Świętej. Przyłączyła się do wspólnej modlitwy, po czym zjedliśmy razem obiad – polskie kabanosy. Oczywiście wypiliśmy wino, które wcześniej dostaliśmy – wznieśliśmy toast za zdrowie darczyńcy. My zostaliśmy w schronisku, a ona poszła dalej, ciesząc się, że mogła zjeść kabanosy z Polski.

Poznaliście kogoś bliżej?

Kontakty nawiązywały się głównie w schroniskach. Pielgrzymi pokonywali podobne odcinki do naszych, dzięki czemu często spotykaliśmy się wieczorami. Najpierw były uśmiechy przy kolacji, wywoływane ciekawością co do egzotycznych kuchni, a później rozmawiało się coraz więcej. Po pewnym czasie obcy ludzie stawali się znajomymi.

W połowie szlaku bliżej zaprzyjaźniliśmy się ze Szwajcarem – Martinem i z młodą Koreanką – Kim. Martino zawsze wychodził wcześniej ze schroniska, bo chciał mieć wieczorem więcej czasu dla siebie. Wymieniliśmy się z nim numerami telefonów. Z własnej inicjatywy zawsze po dojściu do albergue próbował zająć miejsca dla nas i pisał, czy się udało. Dzięki temu nie musieliśmy się martwić ani spieszyć, by zarezerwować nocleg. Z Martinem i Ritą utrzymuję kontakt do dziś.

Zawsze realizowaliście etap, który sobie założyliście?

Z tym było różnie. Wiele zależało od tego, czy w schroniskach były wolne miejsca i kuchnia. Ale były też dni, gdy skracaliśmy sobie drogę, i potem musieliśmy to nadrobić. Kiedy ks. Maciek do nas dołączył, ograniczyliśmy się do przejścia 19 km, aby go nie forsować pierwszego dnia. Chcąc dojść do Santiago 1 października, powinniśmy średnio w jeden dzień przejść 26 km, ale czasami szliśmy 20 km, a czasami 32 km.

Miałaś kryzys?

Po około dwóch tygodniach wędrowania zaczęłam mieć problem z nogą – bolała mnie w piszczeli. Najpierw wmawiałam sobie, że to od butów, które za bardzo ścisnęłam sznurówkami, i powiedziałam: "Idę dalej! Nie ma co narzekać. W końcu każdego coś boli". Na drugi dzień nie było lepiej – noga spuchła. Szłam dalej, choć zaczęło mnie to trochę niepokoić, tym bardziej, że miałam też pęcherze na stopach. Cała siła opadła ze mnie na odcinku, który miał 19 km i prowadził przez pustkowie. Zdecydowanie łatwiej jest iść, gdy krajobraz się zmienia, gdy raz są winnice, a potem miasteczka. A tam nic się nie działo, a ja szłam sama. Kiedy idzie się z kimś i rozmawia, to człowiek wbija się w rytm.

My nie dostosowywaliśmy się na siłę do czyjegoś tempa, bo to jest bardzo obciążające, więc powiedziałam moim towarzyszom, żeby nie czekali na mnie. Ale ten dzień był dla mnie dramatyczny. Nie tyle przechodziłam kryzys, co irytowało mnie, że nie mogę iść tak, jak bym chciała. Moje możliwości okazały się mniejsze niż chęci i ambicje. Ostatnie kilometry były traumatyczne. Raz wyciągałam kijki, raz je chowałam. Wszystko mnie drażniło. Najbardziej byłam zła na siebie, bo nie mogłam nic zrobić z nogą. Gdy zostało mi już tylko ok. 500 m i zaczynałam się cieszyć, to jak na złość wpadło mi babie lato na twarz. To był już szczyt moich możliwości. Nienawidzę pająków, panicznie się ich boję i mam wrażenie, że są na każdej pajęczynie! Kiedy widzę pająka, nie jestem w stanie przewidzieć, jak się zachowam. Stanęłam, chciałam rzucić kijki, ale nie mogłam, bo wcześniej przyczepiłam je do nadgarstków. Machałam rękoma, aby zdjąć z twarzy nitki. Myślałam, że się rozpłaczę, bo w mojej wyobraźni był na nich pająk, który chciał mnie zaatakować.

Po kilku minutach uspokoiłam się. Doszłam do miasteczka i siły zaczęły mi wracać. Ksiądz Radek zawsze miał ubaw i mówił: "Pielgrzymka to przekraczanie własnych słabości. Zobacz, już drugiego dnia nauczyłaś się jeść oliwki". Oprócz tego nie robiłam makijażu i nosiłam skarpety do sandałów, i wstawałam o świcie, czego nie znoszę... W wielu kwestiach mogłam się przełamać, ale nie wtedy, gdy pojawiały się pająki...

A z moimi stopami było naprawdę źle. Towarzysze nakłaniali mnie do zastosowania propolisu, ale nie chciałam się zgodzić – to jest kit pszczeli na bazie alkoholu. Na samą myśl o propolisie miałam łzy w oczach. Ostatecznie zgodziłam się, bo już nie widziałam innego ratunku dla siebie. W trakcie zabiegu gryzłam ręcznik, by nie krzyczeć z bólu i nie obudzić całego schroniska. Właśnie tego wieczoru poznaliśmy Martina, który widząc moje nogi, stwierdził, że powinnam iść do szpitala.

 



Pełna wersja katolik.pl