logo
Czwartek, 04 czerwca 2020 r.
imieniny:
Christy, Helgi, Karola, Franciszka – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Ewelina Pitala
Ścieżkami wiary
Wydawnictwo JUT


Ścieżkami wiary to zbiór wywiadów z ludźmi powszechnie znanymi i osobami zaangażowanymi w działalność dla dobra innych. Wszyscy są katolikami – swoją wiarę wplatają w codzienne życie, problemy, radości, a także tragedie. Ich piękne i głębokie zwierzenia fascynują i wzruszają – nie są zwykłą, suchą relacją, ale świadectwem kroczenia za Chrystusem i dojrzewania w wierze.


Wydawca: Wydawnictwo JUT 
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-62293-89-6
Format okładki: 125x195
Liczba stron: 456
Rodzaj okładki: Miękka
 
 


 
Staram się mądrze pomagać (3)



Nie poddać się

Kilkanaście lat temu wyszłam za mąż, ale mój mąż później mnie opuścił. Związał się z inną kobietą. Kiedyś było mi trudno o tym rozmawiać. Jestem osobą wierzącą, mamy ślub kościelny i on zawsze będzie dla mnie moim mężem. Noszę dwie obrączki na jednym palcu. To jest w pewnym sensie najważniejsze wydarzenie w moim życiu, bo naznaczyło mnie już na zawsze, tak jak niepełnosprawność.

Jest mi nadal bardzo trudno poradzić sobie psychicznie z porzuceniem. Ale przecież to wydarzenie nie może zdeterminować mojego życia. Nie chcę cały czas być nieszczęśliwa, siedzieć i płakać, analizować swoje nieszczęście. Wiem, że nie mam wpływu na zmianę tej sytuacji, bo do tego potrzeba woli dwojga. Ale mogę prowadzić takie życie, w którym będę robiła coś sensownego.

W końcu zdecydowałam się o tym powiedzieć w kilku wywiadach, ale bez roztrząsania. Uznałam, że nie mogę udawać, że wszystko jest dobrze, gdy dziennikarz pyta mnie o to, jak wspiera mnie mąż w mojej pracy. Lepiej powiedzieć prawdę, ale bez ujawniania szczegółów.

Może pomoże to osobom, które przeżywają coś podobnego i nie wiedzą, jak mają teraz ułożyć sobie życie. Chciałabym, aby uwierzyli, że życie na tym się nie kończy. Nawet w najbardziej udanym związku każdy jest wolnym człowiekiem i musi pozostawić wolność także ukochanej osobie. W związkach na całe życie obowiązuje ta sama reguła: Małżeństwo nie może zniewalać. Mój mąż jest wolnym człowiekiem i podjął wolną decyzję.

Niezbędne wyposażenie

Z Panem Bogiem mam kontakt na co dzień. Korzystam codziennie z Jego darów: z daru życia wypełnionego wspaniałymi ludźmi, daru pracy, jaką mogę wykonywać, daru wielu dobrych wydarzeń w moim życiu i tego, że po trudnych doświadczeniach zawsze przychodzi zrozumienie i akceptacja. Ktoś mógłby powiedzieć, że zawdzięczam to sobie, swojej odwadze i woli aktywnego życia. W jakiejś mierze tak właśnie jest. Ale patrząc wstecz, postrzegam swoją drogę jako logiczny ciąg wydarzeń, które prowadzą mnie ku spełnieniu. Czy to na pew- no tylko moja droga, moje wybory? Widzę rękę Opatrzności i dziękuję codziennie za to, że jeszcze mogę wstać i uczynić coś dla innych.

Jednym z ważnych wydarzeń w moim życiu było obejrzenie filmu Przełamując fale Larsa von Triera. Bohaterka tego filmu modliła się, by mąż, którego bardzo kochała, a który pracował na platformie wiertniczej, mógł być z nią w domu. Pan Bóg spełnił jej prośbę. Mąż uległ wypadkowi i wrócił do niej, najpierw nieprzytomny, a potem przykuty do łóżka.

Pan Bóg spełnia nasze prośby, ale nie zawsze tak, jak sobie to wyobrażamy, i w taki sposób, jak byśmy tego pragnęli. Po obejrzeniu tego filmu pomyślałam, że lepiej nie prosić. I tak zawsze otrzymamy to, czego potrzebujemy. Więc po prostu dziękuję. Staram się żyć tak, żeby zawsze mieć w sercu radość i wdzięczność.

Mam bardzo głębokie odczucie, że zawsze dostawałam wszystko, co mi było w życiu potrzebne. W różnej formie – nie zawsze w takiej, jakiej się spodziewałam. Nie oznacza to, że miałam lekkie życie. Pochodzę ze Śląska, z bardzo biednej rodziny; mój tata był górnikiem i pił – jak większość górników. Moja rodzina materialnie nie mogła mi niczego dać. Mama zawsze bała się, że nie potrafię żyć samodzielnie z powodu niepełnosprawności; nie umiała sobie wyobrazić innej możliwości.

Była zmartwiona, że poszłam na astronomię; uważała ten zawód za nijaki. Według niej lepiej byłoby, gdybym pracowała w banku. A jednak mam pracę, żyję samodzielnie, sama się utrzymuję. I moje życie tak się potoczyło, że zaczęłam prowadzić Fundację "EquiLibre". Posiadam przyjaciół i prowadzę bardzo ciekawe życie. Mam gdzie mieszkać; stać mnie na to, żeby kupić sobie książki czy płyty, które lubię. Nie odczuwam większych potrzeb. Nie oznacza to jednak, że jestem osobą bogatą – wyjaśniam, ponieważ kiedyś wiadomość, że posiadam mieszkanie w Krakowie, wywołała nieprzyjemne komentarze.

Jeśli potrafimy dostrzec, ile otrzymujemy w życiu, to modlitwa ograniczająca się do prośby wydaje się niekiedy modlitwą bez sensu.

W zgodzie z życiem

Modlitwa jest dla mnie dziękczynieniem. Uważam, że mam codziennie za co dziękować: za to, że wróciłam szczęśliwie z podróży; za to, że dzień był wypełniony skuteczną pracą dla innych; za radość, jaką sprawiają drobne czasem wydarzenia; za ludzi, których spotkałam... Ludzie to największy dar, chyba często niedoceniany. Człowiek sam z siebie nie mógłby się rozwijać; zmieniamy się dzięki innym.

O wiele rzadziej modlę się w czyjejś intencji. Kiedyś nasza koleżanka z pracy, która opiekowała się uchodźcami, bardzo ciężko zachorowała. Gdy zrozumieliśmy, że sytuacja jest poważna, każdy na swój sposób myślał o niej. Modliłam się w jej intencji – nie o uzdrowienie, raczej by odzyskała siły, zarówno duchowe, jak i fizyczne, aby przemóc chorobę. To, czy ktoś wyzdrowieje, czy nie, moim zdaniem nie zależy od naszych modlitw.

Modliłam się również za papieża Jana Pawła II w ostatnich miesiącach jego choroby. Nie wiedziałam, czy przeżyje. Uważałam, że nie powinnam prosić Pana Boga o dłuższe życie dla niego, ale widziałam jego cierpienie i modliłam się w jego intencji. Umieranie Jana Pawła II można nazwać przepięknym – stanowiło świadectwo, w jaki sposób można godnie odchodzić, jaką wartością jest śmierć.

Dziś albo usuwamy śmierć z naszego pola widzenia, albo traktujemy ją jako kres życia i przyczynę rozpaczy. Oczywiście utrata kogoś bliskiego to coś bardzo trudnego, ale dla nas, wierzących, śmierć nie stanowi przecież końca. Poza tym jeśli spojrzymy na śmierć bardzo racjonalnie, jest oczywiste, że jeśli ktoś się urodził, musi kiedyś umrzeć. Śmierć to po prostu część życia i właściwie skoro życie nas cieszy, to powinna też cieszyć śmierć.

Wiem, że to trudne – nie mogę powiedzieć o sobie, żebym cieszyła się, że umrę. Ale logicznie tak powinno być. Często śmierć wydaje się nam przedwczesna, zwłaszcza gdy dotyczy ludzi ważnych dla nas, których chcielibyśmy zatrzymać przy sobie dłużej. Myślę, że proszenie o długie życie czasami jest skazywaniem człowieka na ogromne cierpienie, nieudolność fizyczną, niemożność słyszenia itd. Nie chciałabym wypowiadać herezji, ale dla mnie śmierć to coś naturalnego, coś, co musi się wydarzyć.

Większą troską dla mnie jest to, aby w chwili śmierci nie żałować, że czegoś nie zrobiłam albo że uczyniłam coś złego, że czegoś nie naprawiłam, że moje życie nie było nikomu potrzebne. Sądzę, że życie to służba drugiemu człowiekowi i ten, kto się w tej służbie nie zrealizuje, będzie przeżywał poczucie niespełnienia w chwili śmierci. Myślę, że właśnie tego niespełnienia powinniśmy się bać, a nie samego faktu, że umieramy.

Pierwszy cud

Wierzę w cuda. Moje przekonanie, że wyzdrowienie nie zależy od naszych modlitw, nie przeczy temu, że ludzie właśnie w wyniku modlitw doznają objawień czy cudów. Dowodzą tego liczne, niezwykle piękne świadectwa.

W moim życiu i wokół mnie wydarzyło się wiele cudów, o które w ogóle się nie modliłam ani nie prosiłam – one po prostu się pojawiały.

Pierwszym cudem był fakt, że uratowano mi życie we Francji. Na początku wydawało się, że w ogóle nie będę miała tej szansy, bo polskie ministerstwo zdrowia w 1983 roku odmówiło mi sfinansowania leczenia za granicą. Uznano, że to nie ma sensu, ponieważ mój przypadek i tak nie rokuje nadziei. Tymczasem w cudowny sposób zaczęły pojawiać się różne okoliczności.

Oczywiście moje papiery nie pofrunęły do Francji, ale jeden z moich przyjaciół, który został internowany i zmuszony do wyjazdu z Polski, osiadł w Lyonie i poznał tam szare urszulanki. Gdy dowiedział się o moim problemie, porozmawiał z siostrami. Jedna z nich poinformowała go, że właśnie w Lyonie znajduje się bardzo dobry ośrodek, w którym mogłabym być leczona. Wkrótce potem ta siostra przyjechała do Polski, gdzie spotkała się ze mną i powiedziała, żeby następnym razem dostarczyć jej dokumenty niezbędne do podjęcia leczenia.

Siostra nie robiła mi nadziei ani też ja wielkich złudzeń nie miałam. Ksiądz Tischner, którego już wtedy znałam, próbował zdobyć jakieś fundusze na ten cel, ale potrzebne były ogromne środki finansowe. Cud polegał na tym, że lekarz, który dostał te dokumenty i który mnie nigdy w życiu nie widział, zobaczył kręgosłup młodej osoby i uznał, że jeżeli się w porę nie zadziała, to przestanę chodzić. Napisał, nikomu nic nie mówiąc, wniosek do francuskiego ministerstwa zdrowia o sfinansowanie mojego leczenia i taką zgodę otrzymał. Następnie zwrócił się do ambasady francuskiej, a ta z kolei powiadomiła mnie, że mam zgłosić się po wizę. To był ewidentny cud, ponieważ nigdy na to nie liczyłam, a z daru, jaki wtedy otrzymałam, korzystam do dziś. No, może nie był to pierwszy cud, ale za to bardzo ważny.

 



Pełna wersja katolik.pl