logo
Czwartek, 04 czerwca 2020 r.
imieniny:
Christy, Helgi, Karola, Franciszka – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Ewelina Pitala
Ścieżkami wiary
Wydawnictwo JUT


Ścieżkami wiary to zbiór wywiadów z ludźmi powszechnie znanymi i osobami zaangażowanymi w działalność dla dobra innych. Wszyscy są katolikami – swoją wiarę wplatają w codzienne życie, problemy, radości, a także tragedie. Ich piękne i głębokie zwierzenia fascynują i wzruszają – nie są zwykłą, suchą relacją, ale świadectwem kroczenia za Chrystusem i dojrzewania w wierze.


Wydawca: Wydawnictwo JUT 
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-62293-89-6
Format okładki: 125x195
Liczba stron: 456
Rodzaj okładki: Miękka
 
 


 
Pogoda ducha (2)


Rozumiem, że przyłączył się Pan do Ruchu Światło-Życie?

Tak, w mojej parafii powstało wiele grup: zerówki, pierwszy stopień, drugi stopień. Jeździłem na rekolekcje i po kolei przechodziłem poszczególne stopnie. Byłem też animatorem. Prowadził nas ks. Wiesław Kwiecień, osoba niesamowicie uduchowiona. Na jego przykładzie widzieliśmy, jak powinna przekładać się wiara na życie – nie tylko osoby duchownej, ale w ogóle na życie osób, które spotkały Chrystusa. Ksiądz Wiesław niedawno zmarł, bardzo to przeżyłem, ale widocznie Bóg tak chciał. To, że go poznałem, miało dla mnie ogromne znaczenie.

Potem nadal jeździłem na rekolekcje i poznawałem kolejne osoby, również księży. To wszystko ukierunkowało mnie w stronę Boga. Przekonałem się, że Pan Bóg istnieje i bardzo wiele od Niego otrzymałem. Widzę sens bycia blisko z wiarą i dzięki temu mam mocny kręgosłup. Ruch Światło-Życie bardzo dużo wniósł w moje życie. Cieszę się, że razem z żoną udało nam się związać nasze dzieciaki z Kościołem, bo widzę sens trwania w wierze.

Kontynuował Pan nurt oazowy w dorosłym życiu?

Kontynuowałem, należąc do Domowego Kościoła, czyli do Oazy Rodzin. Najpierw byłem uczestnikiem grupy, później animatorem, a jeszcze później animatorem muzycznym. Funkcję animatora muzycznego z czasem przekazałem młodszym, bardziej zdolnym.

Wiele zawdzięczam naszej wspólnocie, ponieważ to nie była tylko kwestia bycia ze sobą na spotkaniach, nabożeństwach czy Mszach, ale także zaistniały powiązania życiowo-towarzyskie. Wspólnotę tworzą świetni ludzie, którzy wzajemnie się uzupełniają. Nawet doszło do tego, że parę osób wykupiło grunty pod Warszawą i mieszkają obok siebie. Są tak zgrani, że wyznaczają dyżury, kto w danym tygodniu zawozi dzieciaki do szkoły, bo chodzą do tej samej. Tak to organizują, że dzieci zawozi jeden samochód zamiast dwóch czy trzech.

Czy były w Pana życiu momenty, kiedy Pan szczególnie mocno doświadczył Boga?

Mocy wiary w sposób niesamowity doświadczyłem w czasie wyjazdu w 1984 roku. Pojechaliśmy jako studenci na wyprawę naukową. Odwiedziliśmy Tajlandię, Malezję, Singapur i Indie. W Indiach sprytny Hindus ukradł mi torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami: wszystkimi dokumentami, pieniędzmi i biletem lotniczym. Zostałem w obcym kraju bez żadnych dokumentów. Hindus okradł mnie w sobotę wieczorem, a w niedzielę zgłosiłem się na policję. Ponieważ w Indiach wszystko funkcjonuje jeszcze gorzej niż we Włoszech, powiedziano mi: "Dzisiaj jest niedziela, proszę przyjść w poniedziałek". Poszedłem w poniedziałek i zgłosiłem kradzież. Następnie pojechałem do Ambasady Polskiej, gdzie szybko wyrobiono mi dokumenty tymczasowe.

Jednak najpoważniejszy problem miałem z biletem lotniczym. Mój bilet miał ważność na czterdzieści pięć dni; w czwartek mieliśmy wylatywać z Indii do Polski. W poniedziałek w biurze lotów usłyszałem: "Wyślemy faks do Warszawy; kiedy Warszawa potwierdzi, że jest pan umieszczony w systemie, to wydamy panu drugi bilet. Wtedy wszystko będzie w porządku i będzie pan mógł wrócić do kraju". Poszedłem do biura w poniedziałek wieczorem – potwierdzenia nie było, we wtorek rano – nie było, we wtorek po południu – nie było, w środę – to samo. Zacząłem się mocno denerwować, bo gdyby potwierdzenie nie przyszło na czas, to moi rodzice musieliby kupić w Polsce bilet dla mnie na trasę New Delhi – Warszawa.

To były lata osiemdziesiąte, więc latanie po świecie było bardzo drogie. Gdy sobie to przeliczyłem, to koszt biletu równał się kilkumiesięcznym zarobkom moich rodziców. Skąd oni mieliby wziąć takie pieniądze? Musieliby je pożyczyć. W moim domu się nie przelewało, więc bardzo bałem się, jak oni zareagują, jeżeli poinformuję ich, że muszą mi wykupić bilet – najpierw zdobyć na niego pieniądze, a potem je oddać. Denerwowałem się tym bardziej, że w środę byłem trzy razy w biurze Lotu i potwierdzenie jeszcze nie nadeszło.

W czwartek siedziałem tam i czekałem, ale potwierdzenie nie przychodziło. W porze lunchu biuro było zamykane, więc wyszedłem, ale nie oddalałem się zbytnio. Po lunchu nagle przyszła informacja: Warszawa potwierdziła, że jestem w systemie! Bardzo się ucieszyłem i powiedziałem: "Super! To wypisujcie mi bilet!". Na co usłyszałem: "Nie, nie. Nie możemy, ponieważ nie ma dyrektora, który wyda nam polecenie, że mamy panu wypisać bilet". Pamiętam, że byłem do tego stopnia zdenerwowany, że ciągle chodziłem – nie mogłem ani siedzieć, ani stać. Przeżywałem ogromny stres.

Kiedy przyszedł dyrektor i wydał polecenie, to okazało się, że nie ma sekretarki odpowiedzialnej za klucz do sejfu, w którym znajdują się druczki biletowe. To już się wydarzyło po godzinie 15, a zdawałem sobie sprawę, że to biuro jest otwarte do 16. Wszystko wskazywało na to, że utknę w Indiach – bez pieniędzy i z tymczasowym dokumentem. Byłem przerażony i naprawdę musiałem wyglądać fatalnie. Wszyscy w biurze wiedzieli o moim problemie. W pewnym momencie jeden z pracowników, który obsługiwał inne linie, podszedł do mnie i zapytał: "Pan jest Europejczykiem?". Potwierdziłem. Pytał dalej: "A czy jest pan osobą wierzącą?". Odpowiedziałem: "Tak, jestem katolikiem". Wówczas wypowiedział do mnie tylko jedno zdanie: "Niech pan zaufa swojemu Bogu", po czym odwrócił się i odszedł.

Uzmysłowiłem sobie nagle, że w całym problemie zapomniałem o Panu Bogu. Bo gdzie ja Go postawiłem? Zobaczyłem, jak malutka jest moja wiara, i bardzo się zawstydziłem przed Panem Bogiem. Jednocześnie stwierdziłem: "Panie Boże, oddałem Ci swoje życie. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy". Pamiętam, że dostałem bilet 6 czy 7 minut przed zamknięciem biura. Ale był jeszcze jeden problem, bo z biletem musiałem pojechać do Aeroflotu, żeby wstemplowali mi okeya. Wyskoczyłem z biura, trzymając w ręku bilet i pięciodolarowy banknot. Szybko złapałem rykszę motorową, dałem Hindusowi banknot i poleciłem: "Jak najszybciej do biura Aeroflotu!". A Hindus, widząc pięć dolarów, niemal zwariował ze szczęścia i zaczął się im dokładnie przyglądać. Powiedziałem: "Nie oglądaj banknotu, tylko jedź, bo mi się spieszy!". Pamiętam, że jechaliśmy pod prąd po alejkach przez jakiś park. Gdy dotarliśmy na miejsce, spojrzałem na biuro: drzwi były zamknięte. Nie wiedziałem, czy naciskając klamkę, będę jeszcze mógł wejść, czy już nie...

Wyskoczyłem z rykszy i pobiegłem do biura. Nacisnąłem klamkę i... drzwi były otwarte! Wszedłem, usiadłem i wszystko ze mnie spłynęło, stres odpuścił w ciągu jednej sekundy. Wtedy poczułem, że jednak Pan Bóg pamiętał o mnie... Minęło może 27 sekund, a może 30, gdy pracownik Aeroflotu wstał, podszedł do drzwi, przekręcił klucz i zamknął biuro. Niecała minuta zdecydowała o tym, że się wyrobiłem! To było bardzo mocne przeżycie wiary. I ten Hindus, który mówił: "Jeśli wierzysz, to zaufaj swojemu Bogu". Koniec, kropka. Do dnia dzisiejszego opowiadam tę historię na wszelkiego rodzaju spotkaniach, bo wtedy właśnie tak bardzo silnie doświadczyłem działania Pana Boga. Ta historia jest długa, ale bardzo ważna dla mnie.

 



Pełna wersja katolik.pl