logo
Sobota, 04 lipca 2020 r.
imieniny:
Elżbiety, Teodora, Aureli, Malwiny, Zygfryda – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Ruth Burrows OCD
Ocean duszy
materiał własny


Oprawa: miękka
Liczba stron: 192
Wydawnictwo: W drodze
Wydanie: Poznań 2009
ISBN: 978-83-7033-715-5


 
Sercem mistycyzmu jest Jezus. Każda epoka - jak sądzę - posiada własne rozumienie Jezusa, które przejawia się w sztuce tejże epoki, jej literaturze, prostych pobożnych praktykach ludzi oraz w tym, jak doświadcza się życia mi stycznego i jak się je wyraża. Nie wiem o tym zbyt wiele, ale mnie to interesuje. Tak się składa, że jestem mistrzynią nowicjuszek i w związku z tym mam kontakt z młodymi ludźmi i z nowoczesnym myśleniem. Jestem żywo zainteresowana próbą rozeznania, co Duch Święty przekazuje nam o Jezusie dzisiaj, ponieważ w każdej epoce rozumienie Go, choć można je przypisać wszelkiego rodzaju czynni kom naturalnym, ostatecznie pochodzi - na tyle, na ile jest prawdziwe - od Ducha Prawdy. Czy możemy wskazać jakiś szczególny aspekt Wcielenia, który dzisiaj chwyta za serca ludzi i kształtuje ich życie, albo raczej aspekt, który Bóg chce, żeby pochwycił dzisiaj serca ludzi i kształtował ich życie? Ośmielam się twierdzić, że jest to właśnie Chrystus ukrzyżowany w słabości, mądrość i moc Boża, objawie nie Boga na obliczu Jezusa Chrystusa poddanego słabości i śmierci. To tajemnica Boga, który nie jest dobrotliwą wszechmocą, hojnie rozdzielającą swoim stworzeniom dary z wysoka, ale miłością szukającą intymności, miłością, która nie krzyczy na targowisku, ale szepcze w sercu, miłością, która jest podatna na zranienie, wydana w nasze ręce, abyśmy dysponowali nią według naszej woli.

Mam przynajmniej trzy powody, żeby tak myśleć. Jednym z nich jest to, że człowiek uważa - wydaje się, że obecnie tak jak nigdy przedtem - iż może poradzić sobie bez Boga; w ogóle nie potrzebuje Go jako wyjaśnienia. Tajemnice, które dawniej wskazywały na bóstwo, zostały odkryte, ujawniono ich ziemskie korzenie; granice tego, co nadnaturalne, przesunęły się tak daleko, że dla wielu już wcale nie istnieją. Czy mamy nad tym ubolewać? Myślę, że nie. Jest to błogosławieństwo, którego Bóg pragnie, sposobność do duchowe go wzrostu. Oznacza to, że Bóg nie ma niczego, co mogłoby zyskać nasze uznanie, poza własnym "Ja", a któż nie chce być akceptowany takim, jaki naprawdę jest? Tylko jak Go to czyni podatnym na zranienie, jak bezbronnym; przyjmie Go jedynie miłość. Ten wgląd w bezbronność Boga, daleki od sentymentalnej dewocji, stanowi najwyższą próbę wiary, istną próbę ognia.

Dalej, paradoksem jest, że człowiek, mimo świadomości swoich zachwycających mocy, przytłoczony jest poczuciem bezradności. Coraz większe panowanie człowieka nad naturą kończy się tym, że staje się on jej godną pożałowania ofiarą. Boimy się; coraz bardziej uświadamiamy sobie, że świat, w którym żyjemy, jest kontrolowany przez moce znajdujące się wyraźnie na zewnątrz nas samych, wobec których stoimy bezradni. Jesteśmy więźniami naszych ograniczeń. Nie ma ucieczki, demony trzymające nas w kajdanach są zupełnie tak samo rzeczywiste jak te, których lękali się nasi przodkowie. Kto może nas ocalić? Jedynie Bóg, który, aby uwolnić nas od tych demonów, przyszedł do nas w naszej kondycji; dzieli nasz los, aby nas z niego wybawić.

Tutaj egzegeza biblijna niezwykle ułatwia nam zadanie, podkreślając prawdziwe człowieczeństwo Jezusa. Niezależnie od tego, jak żywa była nasza wiara w przeszłości, wydaje się, że nie mogliśmy zerwać z koncepcją, iż Jezus był w jakiś sposób chroniony przez swoje Bóstwo, że nie był tak bezbronny, jak my sami. Nie przyjmowaliśmy dosłownie określenia "podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu". Obecnie pojmujemy, że w rzeczywistości był On całkowicie bezbronny, że doświadczył do samej głębi, co znaczy być człowiekiem, nieuprzywilejowanym, bezradnym człowiekiem, którego można wsadzić do więzienia bez żadnych konsekwencji - człowiekiem podobnym do nas we wszystkim.

Uznanie faktu, że w obecnych czasach przyznaliśmy Zmartwychwstaniu jego prawdziwe centralne miejsce w naszej teologii - i, daj Boże, w naszym życiu - w żaden sposób nie zaprzecza temu, o czym mówię. Myślę, że istnieje błędna koncepcja, według której podkreślanie Zmartwychwstania oznacza pominięcie ogromu ludzkiego cierpienia - cierpienia, które w świetle dziennym stawia nas wobec małości, odrażającej małości i jałowości naszego ludzkiego losu, nikczemnej małości naszej istoty, cierpienia całkowicie po zbawionego szlachetności, wspaniałości. Jest to błąd. Jezus wybawił nas od cierpienia w tym znaczeniu, że nadał mu sens, a nie w tym, że cierpienie się skończyło. Umieranie będzie się odczuwać jako umieranie, a jednak nie będzie to rzeczywiste umieranie, ponieważ Jezus zniszczył śmierć. Tak samo cierpienie odczuwa się jako cierpienie i nic innego. Żyć zmartwychwstałym życiem Jezusa to przyjąć ludzki los w całej jego goryczy, tak jak On to uczynił, i w tym oraz poprzez to poddać się Ojcu. Nie chodzi o usiłowanie życia w stanie emocjonalnego uniesienia, które przytępia ostrość ludzkiego bólu.
 
 



Pełna wersja katolik.pl