logo
Sobota, 07 grudnia 2019 r.
imieniny:
Ambrożego, Marcina, Sobiesława – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Jacek Prusak SJ
Chrześcijańska ars amandi
Miesięcznik W drodze


Z seksualnością mamy do czynienia od chwili narodzin aż do śmierci i ma to znaczenie dla naszego zbawienia. Ludzie są jedynymi istotami, które kochając się, mogą ze sobą rozmawiać. Jedynymi, które „robiąc to”, mogą sobie patrzyć w oczy. I jedynymi, które mogą o tym, co ze sobą przeżyły, porozmawiać. To wyjątkowa frajda, która jednak zobowiązuje! Duchowość i seksualność to dwie fundamentalne siły wpływające na nasze zachowania i rozwój, chrześcijaństwo jednak przez większość swej historii stawiało je w opozycji do siebie. Zmysłowe ciało było przeciwieństwem wiecznego ducha, a duchowość synonimem wyzbycia się pragnień, przyjemności i kontroli nad ciałem. Chrześcijaństwo nie jest jednak aseksualne. Ani judaizm, ani kultury antyczne (grecka i rzymska), które były jego kulturową kolebką, nie postrzegały ludzkiej seksualności tylko w pozytywny sposób. Zarówno w cywilizacji zachodniej, jak i w większości znanych nam kultur, seks był z jednej strony określany jako siła, której na różne sposoby warto używać, z drugiej natomiast trzeba ją wypierać i kanalizować – biorąc pod uwagę jej pozytywny i negatywny potencjał. Negatywnego nastawienia do seksualności nie znajdziemy w Biblii, w zachodnim chrześcijaństwie jest ono przede wszystkim dziedzictwem augustianizmu. 
 
Eros albo Bóg
 
Święty Augustyn był przekonany, że Bóg nie przekazuje niczego, co byłoby niemożliwe do wykonania bądź udźwignięcia z pomocą łaski, ale ludzką seksualność po grzechu pierworodnym uważał za zdominowaną przez pożądanie. Dlatego twierdził, że moralnie wartościowym jej celem może być jedynie prokreacja. Inspirując się Augustynem, teolodzy średniowiecza niezmiennie nauczali, że stosunki małżeńskie, których celem byłoby przeżycie obopólnej przyjemności, a nie przede wszystkim prokreacja, należy traktować jako grzech śmiertelny (według opinii rygorystów) lub przynajmniej grzech lekki, do czego przychylała się większość teologów. Takie lękowe i negatywne nastawienie do seksualności zostało wzmocnione w XVII wieku, kiedy Święte Oficjum wydało deklarację, w której „uznano wszelkie wykroczenia dokonane na płaszczyźnie seksualnej za materię obiektywnie poważną i grzech śmiertelny” [1]. Wezwanie do walki z grzechem stało się synonimem walki z seksualnością, natomiast troska o duszę zaniedbywaniem, a nawet pogardzaniem ciała. Tak oficjalnie postrzegano seksualność i dbanie o własne zbawienie w Kościele katolickim aż do Soboru Watykańskiego II, choć oczywiście nie wszyscy katolicy byli takimi ascetami.
 
Mimo upływu wieków i seksualnej rewolucji naszych dziadków, żyjemy nadal w świecie rozdartym pomiędzy religią a erosem: „Religia otrzymała Boga, a część świecka – seks. Świeckość dostała namiętność, a Bóg czystość. Niezależnie więc od tego, czy należymy do Kościoła, czy nie – wybór, którego często dokonujemy bardziej lub mniej świadomie, dotyczy wyboru pomiędzy religią a erosem”. Myślę, że ta diagnoza współczesnego mistrza duchowości ks. Ronalda Rolheisera OMI [2] dotyczy także polskich katolików. Dla wielu z nich wyzwolenie seksualności jest synonimem grzechu; radość z seksualności – zdradą Boga; a bycie odpowiedzialnym za seks – synonimem walki bądź podporządkowania się represyjnemu nauczaniu Kościoła. Z drugiej strony zdarza się, że w konfesjonale penitenci skarżą się, że są zaniedbywani seksualnie przez swoich partnerów. Powody tego mogą być różne. Najczęściej stosowana metoda to „szlaban na łóżko” – czyli odmawianie współżycia. Bardziej zamaskowana strategia odbywa się według schematu: „dostaniesz seks, ale ja tak naprawdę nie będę w nim uczestniczyć”.
 
Nie jest zadaniem księdza doradzanie, jak pokonać miłos- ną rutynę, jeśli wynika ona z problemów małżeńskich czy dysfunkcji seksualnych, trzeba jednak powiedzieć, że taka wstrzemięźliwość nie jest przejawem cnoty. Powstają bowiem pytania: Czy w takich warunkach seks może pełnić funkcję więziotwórczą? Czy współżycie poddawane manipulacji może być źródłem satysfakcji (poza tą, że dołożyło się partnerowi) – a więc, czy może być sakramentem, a nie okazją do grzechu? Jeśli ktoś tłumaczy swoje znużenie bądź zniechęcenie seksem nastawieniem religijnym, tym, co uważa za „wolę Pana Boga”, to znaczy, że sprowadza seksualność do genitalności, a życie duchowe do walki z ciałem. W każdym z nas drzemie augustiański lęk i pesymizm. Jedni są przekonani, że Bóg najwyżej toleruje ich seksualność, od której zostaną wyzwoleni w niebie. Inni, którzy pozbyli się religijnego poczucia winy dotyczącego seksualności, nie potrafią swojego pozytywnego stosunku do seksualności połączyć z byciem uczniem Jezusa. Wierzą, że Jezus afirmuje ich seksualność, ale podejrzewają, że nie czyni tego Kościół [3].
 
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że większość praktykujących katolików pozostaje wewnętrznie podzielona. Z jednej strony wiedzą, że mają prawo akceptować swoją seksualność, z drugiej – przyswoili sobie chrześcijaństwo, które nawet jeśli nie potępia seksu, nie ma dla niego pozytywnego miejsca. Mniej lub bardziej akceptują wymogi katolickiej etyki seksualnej, ale nie wiedzą, jak mają dziękować Bogu, że Kościół stawia im takie wymagania. Czują, że mają prawo cieszyć się seksualnością, ale nie wiedzą, w jaki sposób ma ona być wyrazem ich pobożności. Wielu z nich ma żal do Kościoła, że nie pomaga im przeżywać swojej seksualności w taki sposób, żeby nie musieli wierności sobie przeciwstawiać wierności kościelnemu nauczaniu. Afirmacja seksualności z wiarą pozostaje dla nich powodem konfliktów sumienia. 
 
Jak patrzeć na seksualność
 
Seksualność jest powiązana z płcią, prokreacją, przyjemnością, uczuciami, relacjami, przywiązaniem, duchowością i innymi ważnymi aspektami życia. Aby w pełni ją rozwinąć, należy patrzeć na nią integralnie, a więc w sposób obejmujący jej wymiar biologiczny, psychologiczny, społeczny i duchowy. Meksykański jezuita i psychoterapeuta Luis Valdez Castellanos, zajmujący się od lat pomocą chrześcijanom w akceptacji daru, jakim jest seksualność, podkreśla, że jest ona spełnieniem, samorealizacją, energią i pozytywną siłą zdolną do stworzenia życia. Pomaga w rozwoju osobistym jednostki i jest niezwykle złożona. Jej dynamizm jest nakierowany na postawę pełną optymizmu i chęci życia, choć jak każdy proces przechodzi ona przez różne etapy, jasne i mroczne, pełne postępów i kryzysów [4]
 
1 2 3  następna
 



Pełna wersja katolik.pl