logo
Niedziela, 05 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Ireny, Katarzyny, Kleofasa, Wincentego – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
ks. Dariusz Larus
Docenić miłość
Miesięcznik W drodze


Długo myślałem, od czego zacząć. W głowie miałem pustkę. Od dziecka wiem, jak brzmi przykazanie otwierające drugą tablicę dekalogu. Ale co napisać i jak niebanalnie ująć temat czci wobec rodziców? Cokolwiek przychodziło mi na myśl, wydawało się oklepane. Wystarczy otworzyć katechizm – pomyślałem – by znaleźć to, co najważniejsze, i to jeszcze w pigułce. Jasno, konkretnie, w sposób przemyślany i uporządkowany. Czego chcieć więcej? Można jeszcze sięgnąć do źródła, do Biblii. A potem, w ramach deseru, można zaserwować sobie jakieś mądre teologiczne tomiszcze, np. o życiu społecznym w Biblii, o rodzinie, miłości wzajemnej – najlepiej międzypokoleniowej... i sprawa załatwiona. Ale nie dla mnie.
 
Zobowiązałem się – na moje szczęście lub nieszczęście – wobec samego naczelnego do napisania tekstu na temat przykazania, z którym chyba nigdy nie miałem większego kłopotu. No, może poza okresem dojrzewania, kiedy mama trzymała mnie stanowczo, ale to stanowczo (!) za krótko. Mama, bo tata – jak to się zwykło dziś określać – był raczej rodzicem nieobecnym. Buntowałem się i złościłem, poszukując dróg do zdecydowanie większej niezależności. Bywało różnie. Testowałem granice moich rodziców. Na ile mogłem, poszerzałem własną przestrzeń decyzyjną. Jak się później okazywało, z marnym skutkiem. Czy ich nie szanowałem? Nie kochałem? Czy nie było we mnie czci wobec nich?
 
Po trzykroć nie. Kochałem ich tak, jak umiałem. A że inaczej nie potrafiłem? Bunt był na wyciągnięcie ręki. Był najprostszy, a zarazem najoczywistszy. Również robienie na złość. Spowiadałem się z włas- nych przewinień, nie dlatego że tak było trzeba. Przepraszałem za moje grzechy w poczuciu wyrządzonej im krzywdy i z żalem, że nie umiałem być z nimi blisko. Presja, którą odczuwałem, restrykcyjność zasad, niepodważalny obowiązek posłuszeństwa i niewielka otwartość na dialog – wszystko to prowokowało do walki. Nie tylko ja się męczyłem. Moi rodzice również. Dziś wiem, że im też nie było łatwo. Zapracowani, z problemami, którym codziennie musieli stawić czoło i pod których ciężarem niejednokrotnie padali na kolana, walcząc o godny byt dla nas, swoich dzieci: by było co do garnka włożyć, w co się ubrać. Okazywali się w tym wszystkim bardzo dzielni, zwłaszcza mama. Krótkie trzymanie służyło ujarzmieniu młodego gniewnego. To była krótka piłka. Raz dwa, i problem załatwiony... zewnętrznie, bo w środku, jak pamiętam, aż mi się gotowało od nadmiaru emocji, z którymi nie wiedziałem, co począć. Rodzice szybko, jak cięciem skalpela, dochodzili do obranego celu, by po poradzeniu sobie z synem zyskać jeszcze czas na dopięcie niedopiętego. Opanowanie krnąbrności dotyczyło zwłaszcza mojego zachowania. Brat był o ponad dekadę starszy i o trzy nieba grzeczniejszy ode mnie. To on z naszej dwójki był tym bardziej usłuchanym. Na niego mama faktycznie zawsze mogła liczyć.
 
Wiele rzeczy mi się nie podobało w moim domu rodzinnym. Po dziś dzień mógłbym się nadal użalać, zanosić pretensje, wylewać łzy i się złościć. Mógłbym obwiniać innych i jednocześnie usprawiedliwiać samego siebie. Powiedziałem sobie jednak w pewnym momencie – dość! Koniec rozgrzebywania przeszłości! Tak musiało być i basta! Inaczej być nie mogło. Po różnych życiowych zakrętach dziś już wiem, za co warto dać życie. Efekt? Moja mama może dzisiaj na mnie liczyć.
 
Nie tylko dla dzieci
 
Zatrzymał mnie kiedyś termin czcić. O rany – stwierdziłem – przecież to przykazanie nie rozpoczyna się od słowa słuchaj. Tam jest wyraźnie czasownik: czcij! Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chcę powiedzieć, że nie należy słuchać rodziców, zwłaszcza gdy chodzi o dzieci jeszcze niedorosłe. Nie w tym rzecz. One nie tylko powinny, ale muszą słuchać! Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Chodzi tu jednak o coś znacznie istotniejszego niż tylko kwestia słuchania i nie tylko o dzieci niepełnoletnie. Przez określenie czcij przykazanie nie zawiera żadnego limitu wiekowego osób, do których jest skierowane. Można mieć 70 lat i nadal być zobowiązanym do okazywania szacunku rodzicom. Dość długo jednak czwarte przykazanie jawiło mi się jako skierowane do niepełnoletnich, choć Bóg mówi o poszanowaniu rodziców także do dorosłych. A może przede wszystkim do nich?
 
Analizując prawo Starego Testamentu, można zauważyć, że wielokrotnie w nawiązaniu do czwartego przykazania kieruje ono swoje słowa do dorosłych (nie do dzieci!), gdy zakazuje bicia ojca lub matki (Wj 21,15), złorzeczenia im (Wj 21,17), gdy zakazuje buntu przeciw rodzicom (Pwt 21,18–21) lub pozostawiania ich bez opieki (Prz 19,26). Gdy z upływem czasu okrzepniemy w życiu i przyodziejemy się w dorosłość, moglibyśmy sobie nawzajem życzyć dużo bardziej świadomego, nacechowanego miłością, dbania o rodziców. Mędrzec Syracydes powie: 
 
Synu, czynem i słowem okazuj szacunek ojcu, abyś otrzymał jego błogosławieństwo (...). Synu, opiekuj się swym ojcem, gdy się zestarzeje i nie zasmucaj go przez całe jego życie. Chociażby stracił rozum, miej cierpliwość i nie znieważaj go, gdy jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie i będzie postawione w miejsce twoich grzechów. W dniu utrapienia ono zostanie ci przypomniane, jak szron w blasku słońca znikną twoje grzechy. Kto porzuca ojca, jest jak bluźnierca, kto znieważa swą matkę, obraża Boga (3,8.12–16).
 
Choć nie o słuchaniu jest głównie mowa w przykazaniu o czci rodziców, to jednak słuchanie prowadzi do szacunku i z niego wynika. Prowadzi, gdy dziecko ma doświadczenie bycia słyszanym i bezwarunkowo przyjmowanym przez rodzica, i wynika, gdy dziecko samo uszanowane i z całym swoim jestestwem przyjęte oddaje to, co otrzymało. Pięknie byłoby, gdyby rodzice nie tylko udzielali wskazań, nie tylko mówili do dzieci, ale też żeby ich słuchali i by sami byli żywym ucieleśnieniem swoich nakazów. Umiejętność porozumiewania się z dzieckiem w sposób dostosowany do jego wieku to jedno z najważniejszych zadań rodzicielskich.
 
1 2 3  następna
 



Pełna wersja katolik.pl