logo
Sobota, 04 lipca 2020 r.
imieniny:
Elżbiety, Teodora, Aureli, Malwiny, Zygfryda – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
ks. Jan Sochoń
Życie w Boskim stylu
Idziemy
fot. Melissa Askew | Unsplash (cc)


Nadszedł czas Pięćdziesiątnicy. Wciąż jednak pozostajemy w aurze zmartwychwstania Chrystusa. Radujemy się, że otrzymaliśmy szansę przezwyciężenia grzechów, uczestnictwa w tajemnicy życia wiecznego.

 

I że tego niezasłużonego daru zapewne nie zmarnujemy, wzmacniając nadzieję i odwagę, by nadal trwać w aurze życzliwości z nieba. Zostaliśmy – właśnie dlatego – szczególnie wyróżnieni. Wierzymy, że Jezus, jak to określa św. Jan, wyszedł od Boga, „pochodzi od Ojca” i że jest dla ludzi. Jest miłością. Kochać bowiem to w pewnym sensie znajdować się pomiędzy przyjmowaniem i obdarowywaniem. Przyjmować to znaczy istnieć za sprawą drugiego dla drugich. Stąd miłość nie jest w Jezusie Chrystusie – to Jezus Chrystus jest miłością. Jeśli Jezus jest miłością, musimy uznać, że jest On Bogiem jako Syn doskonały. Jedyny Syn Boga – „brama owiec”, który pojawił się pośród nas, abyśmy – cóż za tajemnica – mogli uczestniczyć w życiu samego Stwórcy.

 

Działać bez rozgłosu


Bóg ukazał się zatem jako otwarty na ludzki los, zaangażowany w ziemskie sprawy. Ale nie objawił się od razu całemu światu. Benedykt XVI w drugiej części swojej książki Jezus z Nazaretu pyta: Dlaczego, Jezu, objawiłeś się tylko Izraelowi, nie zaś w sposób niekwestionowany wszystkim narodom?

 

Otóż tajemnica Boga polega na tym, że działa On bez rozgłosu. W wielkiej historii ludzkości stopniowo buduje swoją historię. Staje się człowiekiem, tak jednak, że pozostaje właściwie niezauważony. Bo chce przejść do ludzkości tylko przez wiarę tych, którym się ukazuje. Jeżeli otworzymy się na Jego obecność, powoli czyni nas widzącymi. Taki jest właśnie Boski styl.

 

Zauważmy: Bóg zjawia się w ubóstwie. Izrael został wybrany jako spadkobierca i świadek Objawienia nie z tytułu swojej potęgi ani nadzwyczajnej kultury. Przeciwnie, był to lud mały i Bóg zwrócił na niego uwagę właśnie z powodu tej marności. Biblijna logika ujawnia, że kobiety niepłodne stają się matkami wielkich wybrańców Bożych: Sara, Rebeka, Elżbieta, Maryja – matka Jezusa. Oczywiście, w tym wszystkim nie chodzi tylko o biedę czysto materialną, raczej o wolność wobec dostatku czy niedostatku, o mizerię ducha, o jakiej słyszymy w Kazaniu na Górze.

 

Apostołowie z trudem dorastali do zrozumienia takiego przesłania. A my dzisiaj? Pytam z nadzieją, że nie jesteśmy jak złodzieje, którzy przychodzą tylko po to, aby kraść, zabijać, niszczyć. Że tacy w ogóle nie jesteśmy. Że podołamy narastającym przeciwnościom.

 

Odwaga wiary


Jezus rozmawia z Żydami. Mówi o swej misji bezpośrednio. „Powiedziałem wam, a nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec”. Lecz za tą Jezusową postawą kryje się również chęć umocnienia. „Przyjdą dni, kiedy nawet najbliżsi memu sercu mnie opuszczą. Ja jednak nigdy nie jestem sam. Bo Ojciec jest ze Mną. I to Ja zwyciężam świat. Dzięki Mnie ci, którzy mnie kochają, nie zginą i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”. Co to oznacza teraz, w tym momencie dziejowym, w świecie przebitym cierpieniem, wojnami, zabijaniem chrześcijan?

 

Najpierw, że powinniśmy zdobyć się na odwagę, by pozostawać ludźmi wiary; tym bardziej że społeczny krąg, w którym żyjemy, nie zawsze jest Bogu przychylny. Miejmy w sercach Jezusa, który ukazuje się po swoim Zmartwychwstaniu; widzi, jak niepewne i trwożliwe są reakcje Jego najbliższych przyjaciół. Dostrzega jednakowoż, że już jesteśmy pewni, że On to prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. To stwierdzenie stanowi istotę naszej chrześcijańskiej wiary.

 

Sam Jezus-Człowiek tę prawdę nam przekazał, choć nie jesteśmy skorzy, by ją natychmiast przyjąć. Zdarza się, że niekiedy uderza w nasze serca jakaś trudno wypowiadalna aura, duchowa siła, która czyni z nich miejsca gorące i wysławiające, pełne wdzięczności i żaru. Co się wówczas dzieje? Oto Duch Prawdy, obiecany przez Jezusa, prowadzi nas w światło zrozumienia, na tyle, oczywiście, na ile jest to po ludzku możliwe! Ale to jeszcze nie wszystko. Trzeba starać się żyć zgodnie z rytmem tej Bożej miłości. Niby o tym wiemy, ale – niestety – od zdobycia wiedzy do konkretnego jej wcielania w codzienność wiedzie trudna droga, droga wysiłku i często samozaparcia. Powinniśmy bowiem wykazać swym życiem, że ożywia nas Duch Prawdy. Oto zadanie. Oto nasza podstawowa powinność! Pamiętajmy jednak: nie jesteśmy posiadaczami Prawdy. Zawsze ją otrzymujemy w darze. A to pociąga za sobą ważne konsekwencje. Musimy oddalać pychę, egoizm i pozostawać osobami łagodnymi. Nadto, musimy szanować poglądy i sposoby poszukiwania prawdy przez innych ludzi. Stąd bierze się nasza ostrożność i swego rodzaju bojaźń. Bo kto wie, czy przypadkiem sami nagle nie pobłądzimy.

 

Chrystusowy plan


Jezus w rozmowie ze swoim Ojcem Niebieskim żali się, że oto świat wciąż nie poznał Boga. Że jest daleki od społecznej i religijnej jedności. Że właściwie nie uwierzył, że On, Jezus, został posłany, by zbawić wszystkich ludzi. Ale też – dodajmy – i ludzie Kościoła nie zawsze są w stanie sprostać ewangelicznym wymaganiom. Kościół zresztą nie jest monolitem. To żywa materia, wciąż podlegająca udoskonalaniu. Także dlatego nie wolno nam upadać na duchu. W modlitwie Jezusa uporczywie niemal powraca pragnienie jedności wszystkich wiernych. My jednak pytamy: czy to w ogóle możliwe, skoro z taką łatwością wielu z nas zakleszcza się w swoim obrazie świata, w swej indywidualnej wrażliwości, często skostniałej, zamkniętej na innych ludzi?

 

Tymczasem Jezus jakby nie zwracał na ten fakt uwagi. Tylko stopniowo, z dnia na dzień kaznodziejskiego nauczania odsłaniał przed apostołami osobiste zamiary i to, że spełnia wolę swojego Ojca. Nie chciał budzić w nich nadmiernych, rdzennie politycznych ekscytacji. Czyniło tak wielu „fałszywych głosicieli”, próbujących porwać za sobą rzesze. Niestety, na ogół przegrywali w odradzających się wciąż partyjnych intrygach. Jezus zaś czynił co innego. Powoli przygotowywał otoczenie na to, że poniesie śmierć na krzyżu i w ludzkiej niesławie odejdzie z tego świata.

 

Dla wielu, nawet najbliższych uczniów, będzie to wieść trudna do przyjęcia. Opuszczą więc Jezusową szkołę życia, poszukując innych sposobów radzenia sobie i ze sobą w życiu. Jezus jednak miał swój plan. Wiedział, że jest zobowiązany przygotować, zwłaszcza apostołów, na zrozumienie i przyjęcie zbawczej misji, która przybierze charakter uniżający się, uosobiony w znaku krzyża. Nie było to – z ludzkiego punktu widzenia – łatwe. Któż z nas, nawet obdarowany łaską miłości, godzi się ze spokojem na tego rodzaju działanie. Mało kto jest do tego zdolny. Niektórzy z apostołów zdradzą Jezusa w najbardziej niespodzianej chwili, kiedy będzie szykował się na śmierć. A Zmartwychwstanie wzbudzi niepokój i niepewność. Dopiero kiedy powieje Duch Święty, otuli ich zbolałe serca, wówczas odważą się na ewangeliczny styl życia. Nie będą się bali cierpienia i śmierci. Jarzmo wiary jest przecież słodkie, a brzemię lekkie. Kościół ma przed sobą przyszłość, a wraz z Nim i my.

 

Ktoś jednak powie, że na ogół nie dorastamy do Jezusowych wymagań, że nasza wiara jest zbyt anemiczna, koniunkturalna. Zapewne. Lecz nawracamy się każdego dnia, nieustannie prosimy o przebaczenie. Ufamy Bogu. Jak dzieci ojcu. W tym zwyczajnym porównaniu mieści się wielkie bogactwo. Próbujmy nim żyć i dzielić się z innymi. Bez żadnych wstępnych zastrzeżeń. Poza wszelką polityczną poprawnością.

 

Czułość wobec Boga


Żyjemy w marnym czasie, narażeni na mocne pokusy, zgłaszane przez współczesny świat. Porywają nas w swoje sidła najróżniejsze ideologie, perswazje partii politycznych, zgubne filozofie, twierdzące, jakoby niemożliwe było realne kontaktowanie się z rzeczywistością, poszukiwanie prawdy, a dobro i piękno to jedynie wyraz naszej bezradności. Okazuje się też, że wielu zgłasza publiczny sprzeciw wobec atrybutów chrześcijańskiej tożsamości, które – ich zdaniem – nie powinny zaśmiecać społecznej wyobraźni. Toczy się swoisty medialny spór o to, czy chrześcijanie mają prawo do wyrażania w publicznej przestrzeni swego światopoglądu.

 

Jak wyzwolić się z tej nowoczesnej matni? Najlepiej – modląc się. Modlitwa jest skuteczna, jeżeli wznosi się w atmosferze nadziei i zaufania Bogu. Trzeba tylko pamiętać, że nasza relacja z Bogiem nigdy nie jest pełna. Bywa narażona na pęknięcia i zranienia. Wypada ją porównać do kładki przerzuconej nad górskim strumykiem. Ona łączy nas Bogiem, ale zarówno Bóg pozostaje Stwórcą, jak i my pozostajemy Jego stworzeniami.

 

Skoro tak cudownie się stało, że zostaliśmy katolikami, że usłyszeliśmy o zbawczej misji Chrystusa, starajmy się być jej świadkami. Zabiegajmy o to, by inni ludzie mogli Chrystusa coraz pełniej rozpoznawać i podążać biblijnymi ścieżkami. Nasze życie ma charakteryzować się wspaniałomyślnością i dobrodusznością. Nie mamy prawa postępować w sposób wyrachowany i kalkulacyjny. Nie bądźmy również propagandystami osobistych idei, marzeń, duchowych spekulacji bądź współcześnie modnych obyczajów. Znakiem naszego apostolskiego wizerunku niech pozostaje służba potrzebującym, ale też wyraźne opowiedzenie się po stronie chrześcijańskiej wizji życia.

 

I nie zapominajmy o sprawie doprawdy fundamentalnej. Wcielenie zakłada błogosławieństwo. Bogu zależy wszak na szczęściu Jego stworzenia, chce, by zyskało warunki umożliwiające wyjście z sideł grzechu i mogło wzbogacać się łaskami, zbiegającymi się w darze przebaczenia i miłosierdzia. Powinniśmy więc nieustannie podejmować trud, by wewnętrznie się doskonalić, próbując naśladować Boży sposób działania. Wówczas będziemy błogosławieni, czyli szczęśliwi. Nie zwiodą nas najbardziej pociągające podniety, perswazje, reklamy. Nie ulegniemy żadnym demonicznym ułudom. Będziemy potrafili sobie nawzajem umywać nogi. Nigdy też nie wyblaknie w nas tęsknota za Bogiem, co będzie oznaczało, że nie wygasło w nas jeszcze autentyczne życie, źródło czystej, niesamolubnej łaski.

 

ks. Jan Sochoń
Idziemy nr 21 (504), 20-24 maja 2015 r.

 
 



Pełna wersja katolik.pl