logo
Sobota, 07 grudnia 2019 r.
imieniny:
Ambrożego, Marcina, Sobiesława – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Zbigniew Kubacki SJ
Smutki i radości Jezusa
Życie Duchowe
fot. Samuel Zeller | Unsplash (cc)


Czy Pan Jezus się smucił i radował? Z punktu widzenia Ewangelii odpowiedź jest jednoznaczna – tak! Trudno sobie wyobrazić, by wraz z innymi gośćmi Jezus nie cieszył się na weselu w Kanie Galilejskiej lub żeby się nie smucił zatwardziałością serc faryzeuszów, kapłanów i uczonych w Piśmie albo na modlitwie w Ogrójcu. Skoro Jezus był prawdziwym człowiekiem, to trudno pomyśleć, żeby podczas swego ziemskiego życia się nie smucił i nie radował, podobnie jak to jest w przypadku każdego i każdej z nas. Tak zwana akademicka teologia, również by się z tym zgodziła, lecz przynajmniej pewna jej szkoła wprowadziłaby kilka doprecyzowań, na przykład, że Pan Jezus smucił się w swojej naturze ludzkiej, a nie w swojej naturze boskiej, bo Bóg przecież jest doskonały… Biedna teologia! W tych rozważaniach nie będę zastanawiał się nad tym, co powiedziałaby „akademicka teologia”, lecz co o smutkach i radościach Jezusa mówią nam Ewangelie. Pytanie można by postawić w ten sposób: Co najbardziej zasmucało Jezusa, a co sprawiało Mu największą radość? A także: Czym ja mogę zasmucić Jezusa, a czym sprawić Mu radość?
 
Smutki Jezusa
 
Czytając Ewangelie, chociażby Markową, widzimy, jak się rodził, kształtował i zaostrzał konflikt Jezusa z religijnymi przywódcami Izraela – uczonymi w Piśmie, kapłanami i faryzeuszami. Widzimy też, że to nie Jezus ich odrzucił, ale oni Jego. On, przeciwnie, starał się zdobyć aprobatę religijnych przywódców Izraela. Pragnął ich przekonać do siebie i do przesłania, które głosił. Dlatego też po uzdrowieniu trędowatego (por. Mk 1, 40–45) Jezus powiedział mu: Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich (Mk 1, 44). Po co Jezus wysłał tego człowieka do kapłana, jeśli nie po to, by ten zobaczywszy „znak”, uwierzył, że to właśnie On jest oczekiwanym Mesjaszem? Podobnie w epizodzie opisującym uzdrowienie paralityka (por. Mk 2, 1–12), którego przyniesiono na noszach przed Jezusa, a do którego wcześniej powiedział: Dziecko, odpuszczone są twoje grzechy (Mk 2, 5). Tu Jezus zwraca się do kilku obecnych tam uczonych w Piśmie – którzy, jak podaje Ewangelista, myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? [On] bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? (Mk 2, 7). Czemu myśli te nurtują w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć paralitykowi: Odpuszczone są twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje nosze i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu! (Mk 2, 8–11).
 
W jednym i w drugim przypadku Jezus pragnął przekonać do siebie i swego przesłania religijnych przywódców Izraela. Przykładów takich jest w Ewangeliach więcej. Jednak oni, ludzie religii, nie tylko nie przyjmują Jego osoby oraz nauki, którą głosił, lecz atakują i szukają sposobu, by Go zgładzić. Widać to już w trzecim rozdziale Ewangelii Marka w epizodzie uzdrowienia w szabat (por. Mk 3, 1–6). Zamiast, po raz kolejny, uwierzyć „znakowi” dokonanemu przez Jezusa, faryzeusze wyszli [z synagogi] i ze zwolennikami Heroda zaraz się naradzili przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić (Mk 3, 6). Ta postawa religijnych przywódców Izraela, którzy jako pierwsi powinni rozpoznać „znaki” i przyjąć Go jako oczekiwanego Mesjasza, niewątpliwie była dla Jezusa czymś smutnym i bolesnym. Podkreśla to św. Marek, kiedy pisze, że Jezus był zasmucony z powodu zatwardziałości ich serc (Mk 3, 5). Zasmucony, bowiem ich wiedza religijna oraz pobożność zamiast otworzyć ich na Boga przychodzącego w Jezusie Chrystusie, stała się dla nich przeszkodą zamykającą ich na tę nowość, na Dobrą Nowinę.
 
Różnica zdań dotyczyła kwestii zasadniczych, jak rozumienia religii, świątyni oraz składanej Bogu ofiary, rozumienia prawa oraz Boga samego (Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża! […] a uwierzymy – Mt 27, 40–42). Poza nielicznymi wyjątkami, jak Nikodem czy Szymon z Arymatei, większość religijnych przywódców Izraela stała w opozycji do Jezusa. Wystawiali Go na próbę, spiskowali przeciw Niemu, aż w końcu rękami władz świeckich, rękami Piłata, skazali Go na śmierć. Dlaczego? Argument jest na wskroś religijny, teologiczny – Jezus zbluźnił: Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo (Mt 26, 65). Bluźnierstwem było, że Jezus przyznał, iż jest Mesjaszem, Synem Bożym. Przykłady tego ciągnącego się przez całe publiczne życie Jezusa konfliktu można by mnożyć (por. Mk 11, 17–18; 12, 13–17; Mt 12, 9–15; 12, 22–24).
 
Czy odrzucenie przez religijnych przywódców Izraela sprawiało Jezusowi radość? A może Jezus był wobec ich postawy obojętny, bo liczyło się tylko wypełnienie woli Ojca? Na pewno nie! Pismo mówi: Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli (J 1, 11). Wyobraźmy sobie sytuację, że oto wracamy z dalekiej podroży do domu, do rodziny, znajomych i przyjaciół, chcemy się z nimi podzielić naszymi wrażeniami, a nikt nas nie wita, nikt nie pyta się, jak było, wręcz przeciwnie, cokolwiek powiemy jest analizowane i wykorzystywane przeciwko nam, a na koniec jesteśmy zaatakowani i odrzuceni. Czyż nie bylibyśmy smutni w takiej sytuacji?
 
Jezus przyszedł do swoich, nie tylko do biednych, celników, prostytutek i innych grzeszników, lecz do całego domu Izraela, w którym jego przywódcy religijni i duchowi zajmowali ważne miejsce. Warto podkreślić, że wbrew temu, co często myślimy, nie byli to ludzie źli. Prawda jest raczej odwrotna – byli to ludzie pobożni, starający się żyć uczciwie i wypełniać wolę Boga. Przede wszystkim stali na straży religii. To oni najlepiej znali tradycje oraz prawo żydowskie. Problem w tym, że bardziej troszczyli się o religię z jej tradycjami, aniżeli wyczuleni byli na Boga, który przychodzi ciągle na nowo (por. Mt 15, 1–20; 16, 1–4). I to jest główny powód, dla którego Jezusa nie przyjęli. Ich niechęć, a ostatecznie i nienawiść wobec Jezusa wraz z upływem czasu nie malała, lecz wzrastała. Jezus był postrzegany jako ich wróg – wróg religii i tradycji ich ojców. On to czuł. Był postrzegany jako zagrożenie dla religii poprzez nowe podejście do Prawa Mojżeszowego, a zwłaszcza poprzez Jego stosunek do świątyni (por. Mk 11, 15–19; 13, 1). Raz jeszcze zapytajmy retorycznie: Czy bycie niezrozumiałym i odrzuconym sprawiało Mu radość? Myślę, że porażka z faryzeuszami, uczonymi w Piśmie i kapłanami – a trzeba tu mówić o porażce Jezusa – była dla Niego wielkim źródłem smutku. „Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli”.
 
Przyjęło się w języku potocznym nazywanie „faryzeuszami” ludzi, którzy prowadzą podwójne życie, na zewnątrz wydają się święci i bez zarzutu, w środku są pełni obłudy, złości i kłamstwa. Słyszymy niekiedy: „ty faryzeuszu”. Tak, my również możemy być „faryzeuszem”. Niby pobożni i religijni chrześcijanie, a tak naprawdę obłudnicy i hipokryci. Przestrogą niech będzie mowa Jezusa przeciw uczonym w Piśmie i faryzeuszom zapisana w Ewangelii Mateusza (por. Mt 23, 13–36), gdzie jak refren powtarzają się słowa: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy. Kończy się ona lamentacją Jezusa nad Jerozolimą: Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swoje pisklęta gromadzi pod skrzydła, a nie chcieliście (Mt 23, 37). Czyż w tych słowach Jezusa nie przebija nuta smutku? Bo czyż nie jest smutne to, że miasto, które wraz z jego religijnymi przywódcami miało przyjąć przychodzącego doń Mesjasza, wydało na Niego wyrok?
 
W roku 2002 śledziliśmy tak zwaną sprawę dotycząca arcybiskupa Petza i toczącą się mniej więcej w tym samym czasie „sprawę” amerykańskich księży pedofilów, w toku której okazało się, że nie tylko ci księża, ale także niektórzy biskupi żyli obłudnie jak „faryzeusze”. Wielu katolików czuło smutek. To smutne, że są tacy księża. To smutne, że niektórzy biskupi ich „kryli”. To smutne, bo obraz Kościoła okazał się przeciwieństwem tego, czego oczekuje od nas Jezus. Nowymi „faryzeuszami” zasmucającymi Jezusa mogą być nie tylko biskupi, księża czy osoby zakonne, ale każdy i każda z nas. Nie wtedy, gdy wyznajemy, że jesteśmy grzesznikami, ale kiedy okazujemy się obłudnikami i hipokrytami. Kiedy prowadzimy podwójne życie. Kiedy w imię „tradycji naszych ojców”, „naszej religii” oraz „naszych interesów” zamykamy się na Boga, który nas wzywa do nawrócenia i pójścia za Jezusem drogą Ewangelii.
 
Na zakończenie tej pierwszej medytacji warto jeszcze wspomnieć o innym typie smutku Jezusa. Smutku wobec przyjaciela Łazarza. Kiedy przybył do grobu, w którym Łazarz spoczywał już od czterech dni, Jezus zapłakał (J 11, 35). Jest to najkrótsze zdanie w całej Biblii. Wyraża ono smutek Jezusa, lecz nie z racji zatwardziałości serca tego, nad którym zapłakał. Jezus zasmucił się i zapłakał nad grobem przyjaciela. Jest to inny rodzaj smutku. Nie jest on wynikiem odrzucenia Jezusa przez Łazarza, lecz przyjaźni i miłości między nimi istniejącej.
 
Radości Jezusa
 
Chyba najwięcej o radościach Jezusa pisze św. Jan w swojej Ewangelii, zwłaszcza w ostatniej jej części, kiedy Jezus wiedząc, że czeka Go śmierć, mówi uczniom o tym, co jest Mu najdroższe. Mamy tu przynajmniej dwa zdania, w których bezpośrednio mówi On o swojej radości. W rozdziale 15. w mowie do apostołów Jezus określa siebie jako krzew winny, uczniów jako jego latorośle, a Ojca jako ogrodnika, który go uprawia. Po czym stwierdza: To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna (J 15, 11). Natomiast w rozdziale 17. Jezus mówi o swojej radości w kontekście modlitwy arcykapłańskiej (por. J 17, 1–26): Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni (J 17, 13). Kontekst tych zdań, jak i całej Ewangelii Jana, wskazuje, że największą radością Jezusa był Bóg, Jego Ojciec – potem Jego uczniowie i przyjaciele.
 
Niemal na każdej stronie Ewangelii Jana Jezus podkreśla, że przyszedł od Boga, że przez Boga, swego Ojca, został posłany, by wypełnić Jego wolę, oraz że On i Ojciec są jedno (por. J 5, 11–30. 37–38; 6, 38–40). Radością Jezusa było bycie w sprawach Ojca, bycie dla Niego i z Nim (por. J 8, 28–29. 40; 14, 10–11; 15, 1–17). Wyrażało się to w misji, posłudze i modlitwie Jezusa; w głoszeniu królestwa Bożego, w uzdrawianiu chorych i przebaczaniu grzechów, w prowadzeniu ludzi do Boga. Kiedy po uzdrowieniu człowieka chorego od trzydziestu ośmiu lat religijni liderzy Izraela zarzucają Jezusowi, że uzdrowił go w szabat, On im odpowiada: Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam (J 5, 17). Tak, radością Jezusa było bycie w sprawach Ojca i wypełnianie Jego woli: ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał (J 6, 38). Wypełnianie woli Ojca nie było dla Jezusa czymś zewnętrznym. W jej realizowaniu widział On najgłębszy sens i najgłębszą radość swego życia. Także w chwilach prób i doświadczeń pragnieniem (i radością) Jezusa było wypełnienie woli Ojca: Ojcze, […] nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42). Bycie z Ojcem, od którego przyszedł i do którego odszedł, było radością Jego życia (por. J 17, 13).
 
Czyż podobnie nie jest i w naszym życiu? Jeśli kogoś kochamy, jeśli ktoś jest nam bardzo bliski, to pragniemy z tą osobą być i dla niej żyć. Rodzice dla swoich dzieci, a dzieci dla swych rodziców. Mąż dla żony, a żona dla męża. Chłopak dla dziewczyny, a ona dla niego. Jedni są radością drugich i odwrotnie. Dla Jezusa największą radością był Bóg, Jego (i nasz) Ojciec.
 
Radość Jezusa nie była jednak radością łatwą, nic Go nie kosztującą. Przeciwnie, była to radość trudna, która przeszła niejedną próbę ognia. Symbolicznymi tego wyznacznikami są w Ewangeliach Jego kuszenie na pustyni, modlitwa w Ogrójcu i doświadczenie krzyża. W kuszeniu na pustyni kusiciel proponuje Jezusowi inną radość – łatwą, miłą i przyjemną, typu: bierz, co chcesz, i używaj, ile chcesz. W drugiej pokusie kusiciel prowadzi Jezusa na górę, pokazuje Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i mówi: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je dać, komu zechcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje (Łk 4, 6–7). W tej, jak i w dwóch pozostałych pokusach odpowiedź Jezusa oparta jest na słowie Bożym: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz (Łk 4, 8). Jezus demaskuje fałszywe i złudne radości kusiciela. Podobnie w doświadczeniu Ogrójca oraz konania na krzyżu Jezus pozostaje w sprawach Ojca, bowiem w nich widzi sens i radość swego życia: Ojcze, […] nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie (Łk 22, 42) oraz: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego (Łk 23, 46). Radością Jezusa było bycie w sprawach Ojca, by ostatecznie powrócić do Tego, od którego wyszedł: Wyszedłem od Ojca i przyszedłem na świat; znowu opuszczam świat i idę do Ojca (J 16, 28).
 
Jak wielka jest różnica między radościami Jezusa a radościami obydwu synów z przypowieści o synu marnotrawnym (por. Łk 15, 11–32). Każdy z nich upatrywał swoją radość poza „domem” ojca. Młodszy opuścił dom ojca dla „dalekiego kraju”, gdzie prowadził życie rozrzutne i niemoralne. Starszy, choć zewnętrznie w domu, to jednak sercem także poza nim i poza ojcem. W przeciwieństwie do nich, Jezus zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie, ciałem i sercem, jest w sprawach Ojca – w nich znajduje sens i radość swego życia. Parafrazując, do Niego możemy odnieść powiedzenie: „Gdzie serce twoje, tam i radość twoja”. Serce Jezusa było całkowicie w sprawach Ojca. Całkowicie zjednoczone z sercem Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy (J 10, 30). Dlatego też i radością Jego był Ojciec i Ojca sprawy.
 
Jeśli nasze serce tęskni za Bogiem, Jego pragnie i dąży do Niego, to podobnie jak dla Jezusa Bóg będzie naszą radością, naszym skarbem, dla którego posiadania warto sprzedać wszystko inne (por. Mt 13, 44–46). Wielu świętych daje temu świadectwo. Najpiękniejsze jest świadectwo Matki Jezusa, dla której Bóg i Jezus byli największą radością życia: Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy (Łk 1, 46–47).
 
Podobnie było w życiu św. Ignacego z Loyoli. Przed nawróceniem upatrywał on swoje radości w sprawach tego świata: w rycerskiej sławie czy romansie z piękną kobietą. Po nawróceniu królem, któremu Ignacy zapragnął służyć, stał się Jezus. Oto jak o tym pisze w swojej autobiografii zatytułowanej Opowieść Pielgrzyma: „Pielgrzym [tak Ignacy siebie nazywa – przyp. autor] czuł się już tak dobrze, że uważał się prawie za zdrowego, z tym tylko wyjątkiem, że nie mógł jeszcze stąpać chorą nogą i dlatego musiał leżeć w łóżku. A ponieważ bardzo był rozmiłowany w czytaniu książek światowych i pełnych różnych zmyślonych historii, tak zwanych romansów rycerskich, więc czując się dobrze, poprosił dla zabicia czasu o jakieś książki tego rodzaju. W tym domu nie było jednak żadnych takich książek, które zwykł był czytać. Dlatego dano mu Życie Chrystusa i księgę Żywotów Świętych w języku hiszpańskim. Czytał więc często te książki i nawet poczuł w sobie pewien pociąg do tego, co tam było napisane. A kiedy przerywał to czytanie, rozmyślał niekiedy nad tym, co przeczytał […]. W rzeczy samej podczas czytania Żywotu Pana Naszego i Żywotów Świętych myślał nad nimi i tak rozważał w sobie: «Co by to było, gdybym zrobił to, co św. Franciszek, albo co zrobił św. Dominik? […] Św. Dominik zrobił to, więc i ja muszę to samo zrobić. Św. Franciszek zrobił to, więc i ja muszę to zrobić». Myśli te trwały w nim przez dłuższy czas, potem znów inne rzeczy je przerywały i nachodziły go myśli światowe” (OP 6-7). Między jednymi a drugimi myślami była jednak pewna różnica: kiedy myślał o romansach rycerskich i innych rzeczach światowych, „doznawał w tym wielkiej przyjemności, a kiedy znużony porzucał te myśli, czuł się oschły i niezadowolony”. Natomiast, kiedy myślał o życiu dla Boga i naśladowaniu świętych, „nie tylko odczuwał pociechę, kiedy trwał w tych myślach, ale nawet po ich ustąpieniu pozostawał zadowolony i radosny” (OP 8).
 
Biblijną koncepcję człowieka wyraża piękne zdanie św. Augustyna: „Dla siebie nas stworzyłeś Boże i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Bóg jest ostatecznym celem naszego życia. Jest On ostateczną radością życia człowieka. Życie Jezusa oraz tych, którzy poszli za Nim, o tym przypomina. „Gdzie serce twoje, tam i radość twoja”. Czy jednak moje serce – jak serce Jezusa, Maryi, św. Augustyna i św. Ignacego – jest związane z Ojcem i w „sprawach” Ojca? A może – jak w przypadku jednego i drugiego syna z przypowieści o synu marnotrawnym – jest ono poza „domem” ojca? Dla Jezusa, i to od najmłodszych lat, największą radością Jego życia był Bóg, Jego Ojciec. Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? (Łk 2, 49) – odpowiada dwunastoletni Jezus szukającym go Maryi i Józefowi.
 
Ojciec
 
Ponieważ życie Jezusa całkowicie związane było z Bogiem i Jemu poświęcone, dlatego też smutki i radości Ojca były smutkami i radościami Jezusa. Podobnie jak rodzic dzieli smutki oraz radości swoich dzieci, i odwrotnie, tak samo Jezus dzielił smutki oraz radości swego Ojca. Właśnie dlatego, że przyszedł On od Ojca oraz był z Nim „jedno”, Jezus najlepiej wie, czym są Jego smutki i radości. Najczęściej mówił o tym w przypowieściach, pośród których ta o ojcu i dwóch synach, zapisana w 15. rozdziale Ewangelii Łukasza, jest jedną z najpiękniejszych.
 
Powiedzieliśmy już, że w przeciwieństwie do Jezusa zarówno jeden, jak i drugi syn upatrywali i szukali swego szczęścia poza domem ojca. Każdy z nich opuścił ojca, więc z pewnością ten fakt był jego największym bólem i smutkiem. W przepięknej i głębokiej interpretacji tej przypowieści komentującej ją w świetle obrazu Rembrandta, noszącym tytuł Powrót syna marnotrawnego, holenderski ksiądz, autor wielu bestsellerów z dziedziny duchowości, Henri J. M. Nouwen przytacza wypowiedź egzegety Kennetha Baileya, która ukazuje, jak bardzo serce ojca było zranione odejściem swego młodszego syna. „Przez ponad piętnaście lat – pisze Bailey – pytałem ludzi różnych stron świata, od Maroka po Indie, od Turcji po Sudan, o ukryte znaczenie żądania syna swojej części spadku jeszcze za życia ojca. Odpowiedzi były zadziwiająco zgodne […]. Rozmowa zazwyczaj przebiegała mniej więcej w następujący sposób:
– Czy ktoś kiedykolwiek wysunął podobne żądanie w twojej wiosce?
– Nigdy!
– Czy ktokolwiek mógłby zwrócić się z takim żądaniem?
– To niemożliwe!
– A gdyby jednak syn się zwrócił, to co by się stało?
– Ojciec dałby mu w skórę, oczywiście!
– Dlaczego?
– Ponieważ takie żądanie oznacza, że syn chce, aby jego ojciec umarł” (H.J.M. Nouwen, Powrót syna marnotrawnego, Poznań 2000, s. 42-43).
 
Oto wymowa prośby oraz odejścia młodszego syna. Jak mógł się czuć ojciec wobec tego żądania, które oznaczało, że syn chce, aby jego ojciec umarł? Komentujący dalej postawę młodszego syna i jego opuszczenie domu ojca jako coś, co odnosi się do każdego i każdej z nas, Henri J. M. Nouwen pisze: „Opuszczenie domu jest zatem czymś znacznie więcej niż historycznym zdarzeniem związanym z czasem i miejscem. Jest to zaprzeczenie duchowej rzeczywistości, że każdą cząstką mego bytu należę do Boga, że Bóg przygarnia mnie w bezpiecznym, trwającym na wieki objęciu, że dłonie Boga, w których cieniu się chowam, rzeźbią mnie. Opuszczenie domu oznacza obojętność na prawdę słów wypowiedzianych do Boga: Ty bowiem utworzyłeś moje nerki. Ty utkałeś mnie w łonie mej matki […], nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstałem, utkany w głębi ziemi (Ps 139, 13–15). Opuszczenie domu ojca oznacza, że żyję, jakbym go nie posiadał i musiał daleko wędrować w jego poszukiwaniu” (tamże, s. 45). Patrząc na przepełniony czułością i radością powrót marnotrawnego syna, nie można uciec przed prawdą smutnych wydarzeń, które przepełniały ogromnym bólem kochające serce ojca.
 
Odejście młodszego syna było odejściem oczywistym. Obraził ojca i zabierając część majątku poszedł w świat. Żyjąc grzesznie, roztrwonił pieniądze, czas, przyjaciół, ciało. Gdy chodzi natomiast o starszego syna, to z pozoru, zewnętrznie wygląda on na wzór dobrego dziecka. Pozostał w domu ojca, pracuje dla niego i jest mu posłuszny. Jednak on także się zagubił. On również w swoim sercu odszedł z domu ojca. Kiedy bowiem staje wobec radości ojca cieszącego się z powrotu młodszego brata, zaczyna w nim wrzeć, maski opadają i ukazuje się jego prawdziwe oblicze. Nagle jawi się jako rozgoryczony, nieżyczliwy, samolubny i pełen pychy. I znów zapytajmy retorycznie: Czyż nie zasmuciło to ojca? Czy nie przepełniło jego serca smutkiem i bólem?
 
Nasze odejścia od Boga mogą być zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Jedne i drugie tak samo ranią i zasmucają serce Boga. Raz jeszcze posłuchajmy refleksji Henri J. M. Nouwena: „Nie stanowię tu jakiegoś wyjątku. Jest wielu starszych synów i córek, którzy się zagubili, zostając w domu. Właśnie to zagubienie – jego przejawem jest osądzanie, potępienie, gniew, rozgoryczenie, oburzenie i zazdrość – jest tak szkodliwe i tak niszczące dla ludzkiego serca. […] Kiedy spoglądam głęboko w siebie, a potem patrzę dookoła, na życie innych ludzi, zastanawiam się, co więcej niszczy: żądza czy rozgoryczenie? Jest tyle rozgoryczenia pośród «prawych» i «cnotliwych». Jest tyle gotowości do osądzania, potępienia i uprzedzeń pomiędzy «świętymi». Jest tyle zapiekłego gniewu pomiędzy ludźmi, którzy dbają o to, by unikać «grzechu»” (tamże, s. 81). To wszystko rani i zasmuca Boże Serce – Serce Ojca i Serce Jezusa.
 
Nietrudno zgadnąć, co było największą radością ojca: powrót marnotrawnego syna. A gdy [syn] był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go (Łk 15, 20). Widzimy, że ojciec nie tylko wyszedł, a właściwie powiedzieć należy wychodził, na spotkanie marnotrawnego syna, lecz jeszcze ukazany jest jako ten, który wzruszył się głęboko i jak dziecko nie potrafiące kontrolować swego wzruszenia i radości wybiegł naprzeciw swego marnotrawnego syna i zamiast ostrożnie wyczekiwać, co ten ma do powiedzenia, on rzucił mu się na szyję i ucałował go. Co więcej, ojciec zdaje się nie słuchać tego, co mówi do niego syn, lecz przepełniony radością zwraca się do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się (Łk 15, 22–24). Czymże innym wytłumaczyć radość ojca, jak miłością, którą niezmiennie kochał swego syna? Taka jest radość Boga z naszego nawrócenia, bo też i taka jest Jego do nas miłość, którą objawił nam w Jezusie. Nie bez powodu obraz ucztowania pojawia się często w przypowieściach Jezusa o królestwie Bożym.
 
Bóg nie tylko ofiaruje nam przebaczenie, pojednanie i uzdrowienia, ale chce uczynić z tych darów źródło radości dla wszystkich. Cieszcie się ze mną – mówi pasterz, który wyszedł na poszukiwanie zagubionej owcy – bo znalazłem owcę, która mi zginęła (Łk 15, 6). Cieszcie się ze mną – mówi kobieta, która zagubiła drachmę – bo znalazłam drachmę, którą zagubiłam (Łk 15, 9). Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku Jezus dodaje: Tak samo, powiadam wam, radość nastaje wśród aniołów Bożych z powodu jednego grzesznika, który się nawraca (Łk 15, 10, por. Łk 15, 7). Komentując to wydarzenie, Henri J. M. Nouwen pisze: „Wszystkie te głosy są głosami Boga. Bóg nie chce zachować swojej radości tylko dla siebie. Chce, by każdy miał w niej udział. Radość Boga jest radością Jego aniołów i świętych; jest to radość wszystkich, którzy należą do Królestwa” (tamże, s. 128). Przede wszystkim jest to radość Jezusa, Jednorodzonego Syna Ojca.
 
Smutki i radości Syna, które są radościami i smutkami Ojca, znajdują swój najpełniejszy wyraz w wydarzeniu śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa. Cierpienie i śmierć na krzyżu są z pewnością doświadczeniem smutku Jezusa. Czy jest to smutek wynikający z odczucia opuszczenia przez Boga – Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mk 15, 34)? Choć słowa te są pierwszymi słowami Psalmu 22, który kończy się słowami zawierzenia Bogu i uwielbienia Boga, i chociaż ostatnie słowo Jezusa na krzyżu to: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego (Łk 23, 46), z pewnością w imię naszego „naturalnego” obrazu Boga nie należy pomijać tego trudnego zagadnienia, lecz nad nim się zadumać. Niemniej cierpienie i smutek Jezusa na krzyżu wynikały głównie z zatwardziałości serc religijnych przywódców Izraela. To ta ich zatwardziałość i religijny fundamentalizm zaprowadziły Jezusa na krzyż. Nie dają Jezusowi nawet spokojnie umrzeć, lecz szydzą z Niego: Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli jest Mesjaszem, Bożym Wybrańcem (Łk 23, 35). Jest to nie tylko cierpienie Jezusa, ale i Ojca, bo przecież Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie (J 14, 10) – mówi Jezus. Jednak śmierć nie ma władzy nad Jezusem. W Jego śmierci na krzyżu to śmierć zostaje zwyciężona. Jezus zmartwychwstał i żyje w radości Boga Ojca. Oto ostateczna radość Jezusa – radość, do dzielenia której jesteśmy wszyscy zaproszeni.
 
Zbigniew Kubacki SJ
Życie Duchowe WIOSNA 38/2004
 
 



Pełna wersja katolik.pl