logo
Środa, 23 października 2019 r.
imieniny:
Edwarda, Marleny, Seweryna, Jana Kapistrana – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Jacek Salij OP
Moda na apostazję?
Idziemy
fot. Justin Luebke | Unsplash (cc)


Dopiero w naszych czasach tytułowego wyrazu „apostazja” zaczęto używać w sensie pozytywnym. Na przykład wyraz ten w ogóle się nie pojawia w odezwie nawołującej do występowania z Kościoła, którą ponad 100 lat temu – w czerwcu 1910 r. – rozlepiono w różnych miejscach Krakowa, również na murach kościołów.

 

Warto odnotować, że w tradycyjnym sensie negatywnym używa się w tej odezwie wyrazu „zaprzańcy”, jednak z jakichś trudnych do zrozumienia powodów określono nim gorliwych katolików.

 

Spójrzmy na tekst owej odezwy: „Nie bądźcie obłudni, występujcie z Kościoła! Precz z kłamstwem w życiu! Nie bójcie się prześladowań. A rzuci się na was cała zgraja czarnej międzynarodówki z pomocą tych zaprzańców, którzy dla kariery poświęcili swe przekonania”.

 

Trudno dociec celów tamtej akcji. Jedno tylko nie budzi wątpliwości: że jej autorzy chcieli dać w ten sposób wyraz swojej nienawiści do Kościoła.

 

Rzeczywista fala wystąpień z Kościoła u nas w Polsce miała miejsce podczas okupacji niemieckiej na ziemiach przyłączonych do Rzeszy. W artykule ks. Jerzego Myszora, poświęconym historii duszpasterstwa w parafii katedralnej w Katowicach, można znaleźć m.in. następującą informację: „W czasie trwania okupacji duszpasterze katowiccy odnotowali wystąpienia z Kościoła ludzi mocno zaangażowanych w [hitlerowskiej] hierarchii partyjnej, chociaż w porównaniu do sytuacji w innych miastach śląskich nie było ich zbyt wielu: w 1941 – 51, w 1942 – 9, a w 1943 – 17”.

Fakt faktem, że przez wieki takie wyrazy jak „apostazja”, „odstępstwo”, „zaprzaństwo” kojarzyły się Polakom raczej negatywnie. Ale też nie określano tymi wyrazami odejść łagodnych, za którymi nie stały żadne niskie pobudki i którym nie towarzyszyła agresja ani nienawiść skierowana przeciwko swojej dotychczasowej przynależności duchowej.

 

Przeciętny Polak na ogół szczerze zgadza się z rozróżnieniem, jakie na temat apostazji i nawrócenia zaproponował bł. John Henry Newman. Wbrew pozorom – twierdzi Newman – nie są to pojęcia relatywne, tzn. nie jest tak, że ten, kto odchodzi od nas, dopuszcza się apostazji, kto zaś przychodzi do nas, doświadcza nawrócenia. Apostazja i nawrócenie są to postawy duchowo sobie przeciwne. Nawrócenie bowiem jest to otwieranie na to nowe, czego dotychczas nie znałem, połączone z pragnieniem zachowania możliwie jak najwięcej z tego, co było mi drogie dotychczas. Natomiast apostazja jest to przejście do obozu przeciwnego, połączone z aktywną wrogością wobec swoich przynależności dotychczasowych.

 

W naszej polskiej historii z apostazją spotykaliśmy się najczęściej na gruncie przynależności narodowej. Od wieków tak było i zapewne zawsze tak będzie, że jacyś Polacy się ruszczyli albo niemczyli, z kolei zaś jacyś Rosjanie, Niemcy czy Francuzi się polszczyli – i nikt się w tych procesach nie dopatrywał narodowej apostazji. Renegatami, narodowymi apostatami zwykle nazywaliśmy takich ludzi, którzy nie tyle od polskości odpłynęli, co raczej się jej zaparli i stali się jej zapamiętałymi wrogami. Bo to zapewne nie przypadek, że w nienawiści do Polaków wyróżniali się ci Niemcy i ci Rosjanie, którzy sami mieli polskie korzenie. Zjawisko to trafnie rozpoznał Adam Mickiewicz, który w Panu Tadeuszu tak oto opisuje majora Płuta: „Ten Major, Polak rodem z miasteczka Dzierowicz, / Nazywał się (jak słychać) po polsku Płutowicz, / Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dzieje / Z Polakiem, który w carskiej służbie zmoskwicieje”.

 

Analogicznie jest z apostatą religijnym: on nie tyle odpłynął od religii, w której się urodził, co z nią zerwał i stał się jej zajadłym wrogiem.

 

Apostaci biblijni

 

Pierwsza biblijna wzmianka o apostatach znajduje się w Księdze Powtórzonego Prawa 13,13-16. Apostaci są tam nazwani „ludźmi przewrotnymi, którzy wyszli spośród ciebie i uwodzą współmieszkańców: Chodźmy, służmy obcym bogom!”. Autorzy biblijni rozpoznali w nich – jak powiedzielibyśmy to dzisiaj – śmiertelne zagrożenie dla tożsamości religijnej narodu, a tym samym dla samego jego istnienia.

 

Kilka wieków później lęk przed jakimiś konkretnymi apostatami powstrzymywał podczas oblężenia Jerozolimy króla Sedecjasza przed poddaniem miasta najeźdźcom, co podpowiadał królowi prorok Jeremiasz: „Obawiam się mieszkańców Judy, którzy przeszli do Chaldejczyków, by czasem mnie nie wydano w ich ręce i by mnie nie wyszydzili” (Jr 38,19).

 

Szczególnie często o apostatach czytamy w Pierwszej Księdze Machabejskiej. Były to czasy przemian, zapoczątkowanych podbojami Aleksandra Macedońskiego. Również w narodzie żydowskim pojawiły się wówczas tendencje na rzecz integracji hellenistycznej, jaka się w ówczesnym świecie dokonywała, a to doprowadziłoby w końcu do tego, że cały naród porzuciłby własną religię.

 

Przejmująco brzmi znajdujący się na początku tej księgi opis tego, co się wówczas działo: „W tym to czasie wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: »Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas; wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili«. Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i zaprzedali się im, aby robić to, co złe”.

 

Ludzie ci aktywnie działali przeciwko własnemu narodowi, ponaglając kolejnych wrogich królów z dynastii Seleucydów do zintensyfikowania działań na rzecz wykorzenienia ojczystej religii. Kiedy się czyta kolejne informacje na temat aktywności tych apostatów – por. 1 Mch 6,21-22; 7,5-6; 9,23-27; 10,61; 11,21-26 – odnosi się wrażenie, że biorąc czysto po ludzku, niewiele brakowało, żeby oni zwyciężyli i żeby lud Przymierza rozpłynął się w ówczesnym tyglu narodów.

 

Przejdźmy do Nowego Testamentu. Masowe porzucenie Jezusa przez uczniów, którzy nie byli w stanie uwierzyć w prawdę Eucharystii, miało się później w historii Kościoła powtarzać wielokrotnie. Na szczęście, nawet w najbardziej dramatycznych momentach nigdy nie zabrakło uczniów, którzy byli wierni Jezusowi aż do końca: „Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga” (J 6,66-69).

 

Odnotujmy na koniec stanowcze ostrzeżenie przed apostazją, jakie do chrześcijan zagrożonych prześladowaniami za wiarę skierował autor Listu do Hebrajczyków: „Niemożliwe jest tych – którzy raz zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku, a jednak odpadli – odnowić ku nawróceniu. Krzyżują bowiem w sobie Syna Bożego i wystawiają Go na pośmiewisko” (6,4-6).

 

Powroty apostatów

 

Żeby uchronić swoje dzieci przed apostazją, Kościół jak dobra matka ostrzega, że powrót do wiary może okazać się niemożliwy. Zarazem jednak tym, którzy pragną wrócić, okazuje miłosierdzie. Co prawda, nieraz w wersji „surowość dla apostazji, miłosierdzie dla apostaty”, jak to w roku 305 uczynił synod w Elwirze. Mianowicie w kanonie 22. synod ten ustalił, że apostacie „nie należy odmawiać pokuty, gdyż uznał on swój grzech. Gdy odbędzie dziesięcioletnią pokutę, można mu udzielić komunii. Gdyby jednak do herezji przeszli jako dzieci, należy ich przyjąć natychmiast, gdyż nie jest to ich wina”.

 

Szczególnie poruszające są opisy powrotu apostatów poprzez męczeństwo. Wśród męczenników z Lyonu (rok ok. 177), których męczeństwo opisane jest w piątej księdze Historii kościelnej Euzebiusza z Cezarei, znajdowała się chrześcijanka imieniem Biblis, która z lęku przed torturami zaparła się Chrystusa. „Wydawało się – pisze naoczny świadek jej męczeństwa – że diabeł już ją pochłonął, a chciał tylko jeszcze powiększyć jej potępienie przez doprowadzenie jej do bluźnierstwa. Ponieważ jej słabość i brak odwagi już wyszły na jaw, wzięto ją znów na męki, żeby przymusić ją do tego, by rzucała na nas chrześcijan bezbożne potwarze. Lecz ona na torturach ocknęła się i zbudziła, jak gdyby z jakiegoś głębokiego snu”. Biblis dała świadectwo, że chrześcijanie nie są winni zarzucanych im zbrodni, wyznała, że ona sama jest chrześcijanką, i zginęła jako chrześcijanka.

 

Menologion, oficjalna księga Kościoła wschodniego zawierająca wykaz czczonych w Kościele świętych, odnotowuje powrót wysokiego urzędnika perskiego, który odstąpił od wiary dla kariery: „Jakub Pers był serdecznym przyjacielem Yasgegarda I, króla Persji (399-425). Od urodzenia był chrześcijaninem, ale oślepiony przyjaźnią z królem, wyrzekł się Chrystusa. Gdy dowiedziały się o tym matka i żona, dały mu na piśmie do zrozumienia, że nie chcą mieć z nim nic wspólnego, ponieważ chwałę doczesną postawił nad miłością do Chrystusa. Poruszony tym, opamiętał się, gorzko opłakiwał swój grzech. Król wpadł w szalony gniew i skazał Jakuba na straszliwą śmierć. Kazał ciąć go po kawałku, zaczynając od rąk i nóg aż do ramion. Po takim okaleczeniu w końcu został ścięty mieczem”.

 

Również dominikanie mają świętego, który swoją apostazję okupił męczeństwem. Mianowicie brat Antoni Neyrot, porwany przez piratów, przywieziony do Tunisu i sprzedany tam do niewoli, zdecydował się podeptać swoją wiarę, swoje kapłaństwo i śluby zakonne, i przeszedł na islam. Żeby zagłuszyć sumienie, Antoni zajął się studiowaniem Koranu z myślą propagowania islamu wśród chrześcijan. Rychło jednak opamiętał się i dokładnie w pierwszą rocznicę swojej apostazji – 6 kwietnia 1460 r. – ubrany w habit dominikański udał się na dwór sułtana, ażeby publicznie wyznać swój powrót do wiary chrześcijańskiej. Naoczny świadek tych wydarzeń od razu na gorąco tak je opisał: „Nikt nie potrafi opisać tego gniewu i nienawiści, z jaką go ujęto, ani przedstawić tych policzków i uderzeń, jakimi go najokrutniej obdzielono. Bo każdy z oprawców czuł się tym szczęśliwszy, na im większe okrucieństwo i dzikość mógł sobie pozwolić. Tym trudniej opowiedzieć i uwierzyć, z jaką stałością i męstwem znosił to wszystko brat Antoni, który nieustannie wyznawał i chwalił imię Chrystusa. Zaprowadzono go do więzienia. Od razu napisałem do niego list, żeby mu dodać otuchy – nie dlatego, aby to było potrzebne, ale chciałem się w czymś przyczynić do tak wielkiej sprawy. To samo uczynili niektórzy kupcy genueńscy, który mu też posłali jedzenie oraz ubranie. On jednak wziął tylko trochę chleba i wody, resztę zaś oddał ubogim chrześcijanom oraz jeńcom, którzy byli zamknięci w tym więzieniu.

 

Nazajutrz zaprowadzono go do przywódcy owej sekty, który starał się nakłonić go do błędu po dobroci, a zwłaszcza przez różne obietnice. W końcu stawił mu przed oczy straszną i okrutną śmierć, jaka go czeka. Ale dobry i wierny żołnierz powalił sędziego tą samą bronią, którą przedtem zwyciężył sułtana. Sędzia, nie mogąc sprostać jego argumentom, kazał go zaprowadzić do więzienia i oznajmić mu, że jeśli w ciągu trzech dni nie wróci do swego błędu i nie wyzna publicznie imienia Mahometa, umrze w sposób straszliwy.

 

Odprowadzono go do więzienia wśród licznych policzków i razów. Upłynęły trzy dni. Było to akurat w Wielki Czwartek, w dzień, w którym Pan Jezus spożył z uczniami ostatnią wieczerzę. Prawdziwy uczeń Chrystusa miał w ten dzień spożyć ucztę już w niebieskiej ojczyźnie. Zaprowadzono go kilkakrotnie przed sędziego. Kiedy nie pomogły napomnienia i groźby, sędzia doszedł do wniosku, że nie da się go skłonić do tego jarzma, i niegodziwym wyrokiem skazał go na ukamienowanie”.

 

Historia tej apostazji i tego męczeństwa przypomina parę prawd niby to znanych, a przecież dobrze by uświadomić je sobie trochę mocniej. Po pierwsze: Apostazja może się przytrafić nawet chrześcijanom skądinąd bardzo porządnym i to nawet w sytuacji obiektywnie niezbyt trudnej. Wystarczy, że szatan znajdzie w naszej duszy jakąś szczelinę, przez którą może wejść w człowieka. W wypadku błogosławionego Antoniego ową szczeliną był brak cierpliwości w znoszeniu niewoli. Po wtóre: Hałaśliwość w wyznawaniu nowej wiary obliczona jest zwykle na zagłuszanie wewnętrznego niepokoju, a niekoniecznie jest świadectwem głębokiego przekonania do nowych poglądów. Wreszcie, po trzecie: Bóg nie przestaje kochać nawet tych, którzy Go zdradzili, a jeśli kogoś powołuje do męczeństwa – choćby nawet z natury był to człowiek słabszy od innych – to zarazem umacnia go swoją mocą.

 

Odejścia i powroty najczęstsze

 

Jednak najczęściej zarówno odejścia od wiary, jak i powroty dokonują się bez specjalnego rozgłosu. Wielu katolików nie tyle odchodzi od wiary, co w niej obojętnieje. Z tysiąca różnych powodów. Bo przestali pilnować coniedzielnej Mszy Świętej, bo pochłonęła ich rozpusta albo robienie majątku lub kariery, bo wpadli w zależność od alkoholu lub narkotyków, bo żyją w związku niesakramentalnym, bo znaleźli się w środowisku ludzi niewierzących, bo zrazili się do kilku kolejnych księży itp.

 

Również okoliczności powrotu bywają różne. Niekiedy łaska Boża ogarnie kogoś tak namacalnie, że człowiek poniekąd „musi” się nawrócić. Wręcz częstym bodźcem do nawrócenia są wielkie przeżycia egzystencjalne, zarówno radosne, jak i smutne – narodziny lub chrzest dziecka, ślub syna czy córki, nadzwyczajne ocalenie w katastrofie, śmierć kogoś bardzo bliskiego, poważna choroba własna itp. Niektóre powroty do wiary i do sakramentów dokonują się w wyniku nawrócenia bliskiego przyjaciela lub rodzonego dziecka. Wszystkich okoliczności tu nie wymienimy.

 

Na koniec przypomnę przejmujące ostrzeżenie przed apostazją, jakie w roku 1979 podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny wygłosił na krakowskich Błoniach Jan Paweł II: „Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale – pytanie zasadnicze: czy wolno?”.

 

Jacek Salij OP
Idziemy nr 2 (434), 12 stycznia 2014 r.

 
 



Pełna wersja katolik.pl