logo
Wtorek, 10 grudnia 2019 r.
imieniny:
Danieli, Bohdana, Julii, Romaryka – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Sławomir Rusin
KTO w Kościele jest kapłanem
List
fot. FUTURE | Unsplash (cc)


Kapłaństwo w ścisłym sensie, czyli takie, które składa materialne ofiary, skończyło się wraz ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa, nowe – rozszerza się na wszystkich chrześcijan. Kult w duchu i prawdzie jest sprawowany przez każdego z nas osobiście.

Z ks. dr. Grzegorzem Strzelczykiem, teologiem, rozmawia Sławomir Rusin.
 
Rzadko patrzymy na Chrystusa jako kapłana, tymczasem jest w Biblii księga, która mówi prawie wyłącznie o tym - List do Hebrajczyków. To chyba dobry punkt wyjścia do rozmowy o kapłaństwie Chrystusa.
 
Dobry i niedobry zarazem.
 
Dlaczego niedobry?
 
Ponieważ List do Hebrajczyków wychodzi od wizji kapłaństwa związanej ze Starym Testamentem. W nim kapłan pośredniczył w składaniu ofiar i na tym zasadniczo wyczerpywały się jego funkcje. Chrystologia Listu do Hebrajczyków eksponuje zatem bardzo mocno tylko ten jeden z elementów Chrystusowego kapłaństwa, słabiej podkreślając inne aspekty działania Jezusa.
 
W chrześcijaństwie jest pewien problem z przejściem między rozumieniem kapłaństwa w Starym Testamencie i Nowym. Posługa Nowego Przymierza jest zdecydowanie mniej rytualna; składanie ofiary nie jest główną funkcją biskupów i prezbiterów. Pojawił się jednak moment w historii Kościoła, kiedy wydawało się, że tak właśnie jest. Istnieli wtedy kapłani altaryści, którzy mieli beneficjum tylko po to, by odprawiać Mszę świętą, nie mieli przez to żadnej odpowiedzialności pasterskiej.
 
Dlaczego tak się stało?
 
Było to, po pierwsze, związane z pojawieniem się w księgach pokutnych tzw. tabel konwersji pokut. Na końcu takiej księgi znajdowała się tabelka, w której można było np. zastąpić jakąś praktykę pokutną wykupieniem u prezbitera pewnej liczby Mszy świętych. Po drugie, łączyło się to z ofiarowywaniem Mszy za zmarłych. Osoba zamożna dawała przykładowo wieś na utrzymanie księdza, by ten odprawiał Msze św. za zmarłych z jej rodziny. Jaki był tego efekt? Spora część prezbiterów zajmowała się tylko i wyłącznie ołtarzem, a wierni mieli mylne wyobrażenie, że do tego sprowadza się posługa kapłana. Tymczasem funkcja prezbitera, czyli „starszego", nie wiąże się wyłącznie z kultycznym wymiarem.
 
Z czym więcej?
 
Z gromadzeniem wiernych i głoszeniem Dobrej Nowiny. Co robi Chrystus na początku swej działalności? Zbiera wokół siebie uczniów i buduje wspólnotę, co-jak wiemy-wcale nie było takie proste. Apostołowie mieli zarówno różne charaktery, jak i różne wizje teologiczne (np. zelotyzm). Jezusowi jednak się udało i właśnie dlatego jesteśmy dziś Kościołem. Oczywiście do pełni naszego uczestnictwa prowadziły śmierć, zmartwychwstanie Chrystusa i zesłanie Ducha Świętego, ale początek, niejako punkt wyjścia, stanowiło zebranie konkretnych ludzi. Tym, wokół czego Kościół się organizuje, jest obecność Jezusa. Ciekawe, że Ewangelie właściwie nie dają żadnego wyjaśnienia, dlaczego uczniowie poszli za Jezusem.
 
To prawda…
 
Przypomina to wręcz - posłużę się przykładem z fizyki - sytuację, w której ciało o pewnej masie przyciąga inne na zasadzie siły grawitacji. Intensywność doświadczania Boga wokół Jezusa była tak wielka, że wręcz trudno było się temu oprzeć. Czynnikiem, który scala uczniów, jest najprawdopodobniej działanie Boga w Jezusie - po prostu. I tu dochodzimy do czegoś bardzo ważnego: prowadzenie ludzi do Boga owocuje jednością między nimi. Im bliżej jesteśmy Boga, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem. Dzięki Chrystusowi Kapłanowi odnajdujemy się jako chrześcijanie w jednym miejscu, w jednym Ojcu. Jest to możliwe również dlatego, że zostały nam odpuszczone grzechy. Gromadzenie wspólnoty dokonuje się bowiem zarówno przez głoszenie Dobrej Nowiny o pojednaniu, jak i przez dokonanie tego pojednania. Paradoksalnie jednak przebaczenie głoszone przez Jezusa jest tym elementem Jego nauczania, który bardzo trudno nam przyjąć.
 
Dlaczego?
 
Bo mamy problem, z uwierzeniem, że Bóg naprawdę chce nam przebaczyć. Ewangelia mówi niejako: „Cokolwiek byście zrobili i cokolwiek by wam zrobili, to waszym zadaniem jest pojednanie". Pojednanie między nami Jezus wyraźnie wiąże z przebaczeniem, które zostało nam dane. Przypomnijmy sobie przypowieść o nielitościwym dłużniku. Król daruje słudze dziesięć tysięcy talentów, ale ten nie chce podarować swojemu dłużnikowi stu denarów. Kiedy dowiaduje się o tym władca, wzywa sługę i mówi do niego: Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś się ulitować nad swym współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? (Mt 18,32n). Bóg wychodzi do nas z przebaczeniem, Chrystus je ogłasza i przynosi przez swoją śmierć oraz zmartwychwstanie. Więc ja, któremu darmo przebaczono, powinienem - mocą tego przebaczenia - przebaczać dalej. Fundamentalnym zadaniem chrześcijaństwa jest jednanie: Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania (2 Kor 5,18n).
 
Podobnie jak w Ojcze nasz: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom".
 
To bardzo niebezpieczna modlitwa, bo pojawia się w niej warunek. Czasem powinniśmy się mocno zastanowić, o co tak naprawdę Boga prosimy.

Jako chrześcijanie mamy udział w kapłaństwie Chrystusa? Co to dla nas znaczy?
 
Kapłaństwo w ścisłym sensie, czyli takie, które składa materialne ofiary, skończyło się wraz ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa, nowe - rozszerza się na wszystkich chrześcijan. Kult w duchu i prawdzie jest sprawowany przez każdego z nas osobiście. Oznacza to, że wszystko w naszym życiu ma znaczenie kultyczne. Każdy akt, w którym oddaję moje życie za i dla innych, jest aktem świętym, sakralnym, kapłańskim. Jedynym pośrednikiem między nami a Bogiem jest jednak Chrystus. Nie ma innego. W związku z tym nie ma już kapłaństwa pośredniczącego.

Kapłaństwo służebne nie pełni takiej funkcji?
 
Często wydaje się nam, że istnieje pewna hierarchia kapłaństwa czyli najpierw jest kapłaństwo Chrystusa, potem pośredniczące kapłaństwo prezbiterów, a na końcu powszechne Ludu Bożego. To na swój sposób byłoby dla wiernych bardzo wygodne, bo czyni z księży specjalistów od kontaktów z Bogiem i daje pewną kontrolę nad zbawieniem; pozwala pomyśleć: „Dałem przecież ofiarę na Mszę". Jeżeli tak bardzo zależy nam na stworzeniu jakiejś hierarchii, to wygląda ona następująco: na szczycie jest kapłaństwo Chrystusa, a potem, z chrztu wynikające, kapłaństwo powszechne. W nim niektórzy są w szczególny sposób powołani do tego, by mu służyć, ale pozostając w jego środku - oni przyjmują sakrament święceń. Jan Paweł II w adhortacji o formacji duchownych Pastores Dabo Vobis pisze jasno, że kapłaństwo sakramentalne prezbiterów zostało ustanowione na służbę powszechnemu. Jako osoba po święceniach jestem od tego, żeby od rana do wieczora biegać za wami i starać się, żebyście w tym Kościele zostali, żebyście odkryli, że to miejsce dla Was. Więcej, mam być- niczym Chrystus - gotowy oddać za was swoje życie.
 
Ksiądz nie jest bardziej kapłanem niż tzw. świecki?
 
Kapłaństwo służebne różni się od powszechnego istotą, a nie stopniem. Tak mówi Sobór Watykański II. Różnica jest związana przede wszystkim z sakramentalnością. Na mocy sakramentu święceń moje kapłaństwo jest jakby podwojone. Jedno jest chrzcielne i jest związane bardziej z moim zbawieniem, a drugie służebne i jest związane bardziej z waszym zbawieniem. Czy ja jestem bardziej kapłanem? Mogę się z tym zgodzić, jeżeli decyduje o tym przyjęcie sakramentów. Nie mogę jednak przystać na stwierdzenie, że jako świeccy nie jesteście kapłanami w pełni. Jesteście.
 
Wobec tego co my, świeccy, jako kapłani powinniśmy robić?
 
Chrystus złożył jedyną skuteczną ofiarę raz na zawsze i my, na mocy chrztu, w niej uczestniczymy. Mógłbym pościć przez milion dni, a moja ofiara nie miałaby żadnej zbawczej skuteczności, gdyby nie ofiara Chrystusa. Także ofiara, którą sprawują kapłani na mocy święceń, nie mogłaby być złożona - nie miałaby żadnej mocy bez ofiary Chrystusa. Kiedy sprawujemy Eucharystię, nie wydarza się właściwie nic nowego. Raczej jedyna Ofiara Jezusa Chrystusa się uobecnia i my się wraz z tąofiarąjuż złożoną i skuteczną, teraz oddajemy Bogu. Przeakcentowaliśmy naszą aktywną rolę, stąd czasem na kazaniach takie heretyckie sformułowania, jak: „dziś składamy ponownie tę Najświętszą Ofiarę". Podczas Mszy w żaden sposób nie powtarza się ofiary, bo ona jest jedna, ani my sami jej nie składamy.
 
Położenie akcentu na to, że to my składamy ofiarę, wynika z przekonania, że aby zbawienie się dokonało, my musimy coś zrobić. Najtrudniej jest nam się pogodzić z jego darmowością. Chętnie zgodzilibyśmy się na wszystkie inne wersje zbawienia, w których trzeba coś konkretnego zrobić. To jest paradygmat Naama-na. Ten trędowaty dowódca wojsk syryjskich nie chciał przystać na słowa Elizeusza, że jedyne, co ma zrobić, aby wyzdrowieć, to obmyć się w Jordanie. Zakładał, że musi zrobić jakieś straszne czary, podjąć jakiś niesamowity wysiłek. Jest w nas wiele pozostałości myślenia magicznego z czasów, kiedy biegaliśmy po lasach i baliśmy się burzy. „Zarżniemy zwierzę, rozlejemy krew, zatańczymy, to w nas piorun nie uderzy. A jak zarżniemy drugie, to piorun uderzy w wioskę sąsiadów". Tymczasem jako chrześcijanie stajemy wobec daru, uczestniczymy w zwycięstwie Chrystusa, które stało się dla nas sakramentalnie obecne. Co mamy zrobić? Nawrócić się i uwierzyć. Nic więcej. Ale to jest właśnie niełatwe.
 
Ojciec J.A. Kłoczowski OP mówił kiedyś, że Tertulian mylił się, twierdząc, że „dusza ludzka jest z natury chrześcijańska", tak naprawdę „dusza ludzka jest z natury religijna".
 
Obawiam się, że o. Kłoczowski ma rację. Liturgia i posługa kapłańska są straszliwie narażone na magiczne myślenie. Często ludzie zamawiają Msze właśnie dlatego, że według nich to najbardziej skuteczne czary, jakie posiadamy, choć na pewno nie użyją tych słów. Takiemu myśleniu sprzyja obwarowanie Mszy mnóstwem rubryk - może się wydawać, że jest jak z zaklęciami: skuteczność zależy od precyzyjnego powtarzania. Jestem przekonany, że wynika to z dobrych intencji, bo dbanie o liturgię jest czymś naprawdę ważnym, przecież nie mamy nic cenniejszego niż Ciało i Krew Chrystusa. Można sobie jednak wyobrazić kogoś, kto tak dba o swoje wypucowane mieszkanie, w którym każda rzecz ma swoje miejsce, że nikogo do niego nie wpuszcza. Każdy gość jest potencjalnym „burzycielem". Kiedy wpuszczamy wszystkich, to jeden śmierdzi, drugi ziewa, trzeci przyprowadza ze sobą dziecko, które biega. Koniec z harmonią. Mamy wybór: albo idealna liturgia, albo żywi ludzie na liturgii.
 
W czasie dużych średniowiecznych zgromadzeń liturgicznych, w których uczestniczył prosty lud, a w wersji średniowiecznej to był naprawdę prosty lud, posadzkę kościoła wysypywano piachem albo trocinami. Po co? Wielkie liturgie trwały kilka godzin, a nie zawsze ze środka katedry dało się w razie potrzeby wydostać na zewnątrz... Potem trociny czy piach wymiatano z kościoła i znów było czysto. Smród musiał bywać straszny, by go neutralizować montowano olbrzymie kadzielnice u sufitu kościołów - w Santiago de Compostella można taką do dziś oglądać.
 
Czy taki stan rzeczy uwłaczał godności Eucharystii? Nie. Sytuacja ta irytowała oczywiście tych, którzy stali przy ołtarzu. Stąd tendencja, żeby odgradzać przestrzeń sacrum od ludu.
 
Kapłan to przecież ten, który łączy, a nie dzieli.
 
Już samo rozróżnienie na przestrzeń sacrum i profanum jest nietrafione. Chrystus przełamuje ten podział. Wszystko, co nie jest grzechem, jest potencjalnym sacrum. Grzech jest profanum, bo oddziela od Boga.
 
Mam wrażenie, że w środowiskach tradycjonalistycznych ksiądz również dziś staje się kimś, kto przede wszystkim przewodniczy Ofierze Chrystusa...
 
Jest to o tyle dziwne, że jeśli weźmiemy katechizm trydencki, to aspekt ofiarniczy Mszy nie jest jedynym wymienionym, pojawia się wręcz jako ostatni. Dokumenty Soboru Trydenckiego mają tylko jeden dekret o ofierze, a w sumie zajmują się Eucharystią w czterech dokumentach. Podobnie posługa kapłańska nie ogranicza się w dokumentach soborowych do aspektu ofiarniczego. Sobór Trydencki sprowadził ją tak naprawdę z powrotem „na ziemię", zbliżając do posługi Chrystusa. Przypomniał, że nie wolno kapłanom zaniedbywać głoszenia Słowa Bożego, co było szczególnie ważne w kontekście protestantyzmu, i wzmocnił wspólnototwórcząfunkcję pasterzy, chociażby przez nakazanie biskupom rezydowania w diecezji. Dla wielu z nich było to szokujące. Dotąd mieszkali często poza diecezją, w swoich posiadłościach. Sobór Trydencki przygotował de facto grunt pod Sobór Watykański II, który akcent na wspólnototwórczą funkcję kapłanów położył jeszcze mocniej.
 
W katechizmie trydenckim jest jednak fragment - moim zdaniem nieco kontrowersyjny - w którym prezbiter jest postrzegany jako pośrednik, pojawia się nawet to słowo. Trudno to pogodzić z Listem do Hebrajczyków czy z Pierwszym Listem do Tymoteusza (2,5), gdzie czytamy, że jeden jest tylko Pośrednik między Bogiem i ludźmi.
 
Kapłan działa jednak in persona Christi.
 
Ale tylko w określonych momentach. Kiedy siedzi przed telewizorem i naciska guzik pilota, to nie robi tego in persona Christi; co innego podczas sprawowania sakramentów. W czasie konsekracji jego działanie sprzężone jest sakramentalnie z działaniem Chrystusa. W tym momencie jest dwóch działających. Główną przyczyną sprawczą tego, że Chrystus „zaistnieje" na ołtarzu, jest oczywiście Bóg, natomiast prezbiter jest przyczyną narzędziową, bez której nie ma skutku. On także musi działać, żeby skutek mógł zaistnieć. Tak samo jest przy odpuszczaniu grzechów. W obu przypadkach - podczas Eucharystii i podczas spowiedzi - kluczowe słowa wypowiadane są w pierwszej osobie: „To jest ciało Moje" i „Ja odpuszczam tobie grzechy". Wypowiadając je jako ksiądz, mam oczywiście świadomość cytatu, niemniej dwuznaczność tego momentu wskazuje na bycie in persona Christi. Wymawiam te słowa w imieniu Chrystusa, ale jakoś i w swoim imieniu.
 
Czy głoszenie Słowa Bożego odbywa się również in persona Christi?
 
Do pewnego stopnia na pewno tak. Duch Święty jest zaangażowany w głoszenie na tyle, na ile pozwala Mu współpraca osoby głoszącej.
 
Jan Paweł II pisał w Pastores Dabo Vobis, że prezbiter jest sakramentalnym uobecnieniem Jezusa Chrystusa. Uobecnia Chrystusa przez czynności sakramentalne oraz naśladowanie Jego życia. Może więc Go zarówno zakrywać, jak i odsłaniać.

Przywiązanie do liturgii w formie nadzwyczajnej, w której każdy gest celebransa jest dokładnie opisany i brakuje miejsca na „improwizację", może wynikać z pragnienia, żeby kapłan jak najmniej zasłaniał sobą Chrystusa…
 
O ile mi wiadomo, żaden mszał nie spadł z nieba, czyli jest efektem określonego czasu, określonej ludzkiej mentalności. Rubryki przecież ktoś napisał. Czytamy np. w rubryce: „kapłan rozkłada ręce". Kto ustala, jak ten gest ma wyglądać? Umówmy się, że zrobił to jakiś liturgista. Stwierdził, że rozkładamy ręce na 30 cm od tułowia. Na jakiej podstawie tak zdecydował? Objawienia prywatnego, własnej wrażliwości? Jeżeli sprawuję Eucharystię bez udziału wiernych, to ten gest jest właściwie moim prywatnym gestem. Nie ma zewnętrznego znaczenia, nie ma nikogo, kto mógłby go odczytać. Do kogo wtedy kieruję słowa: „Pan z wami"? Inaczej jest, kiedy celebruję Mszę w kościele z ołtarzem ustawionym centralnie, wokół którego zgromadzeni są ludzie. Wtedy gest „Pan z wami", żeby coś mówił, może wyglądać nieco inaczej.
 
Kiedyś księża byli słabo wykształceni i trudno było od nich oczekiwać, że w dobrze rozumieją, co sprawują. To był jeden z powodów, dla którego po Trydencie ujednolicono liturgię łacińską, a w formacji kładziono akcent na odprawianie Mszy dokładnie według przepisów. Wtedy były szanse, że to w ogóle będzie sakrament. Te czasy szczęśliwie minęły, a zatem ten rodzaj myślenia o liturgii nie musi być najważniejszy.
 
W tym miejscu pojawia się problem swoistego pojmowania liturgii: oddawanie czci Bogu wymaga określonej sekwencji gestów i słów. Jakiekolwiek odstąpienie od niej jest naruszeniem Bożej czci. Takie myślenie sięga korzeniami do religii magicznych, o których już mówiliśmy. Chrześcijaństwo w swoim rdzeniu nigdy wewnątrz takiej koncepcji - nawet wtedy, kiedy panowało szaleństwo przepisów - nie tkwiło.
 
Mamy jednak kanon, który jest niezmienny?
 
Tak, są słowa, których nie wolno zmieniać. Co do tego nie ma wątpliwości. Wierni muszą wiedzieć, czy mają podczas Mszy do czynienia z konsekracją, czy nie. Jeżeli każdy będzie używał innych słów, to stracimy pewność, czy pochodzą one od Chrystusa.
 
Pamiętajmy jednak, że czym innym jest sakrament, a czym innym forma jego sprawowania. Sobór Trydencki mówi, że Kościół posiada władzę nad wszystkim, co nie jest istotą sakramentu. W związku z tym może tak naprawdę przepisywać mszał dowolnie. Oczywiście byłoby to dość nieroztropne, ale jeśli zaistnieje uzasadniona potrzeba, powinien to robić. Skoro duchowni są prawdopodobnie tak dobrze wykształceni jak nigdy dotąd, to czy nie mamy prawa oczekiwać od nich tego, że poradzą sobie np. z doborem modlitwy eucharystycznej, z doborem prefacji z większego zasobu, po to żeby ci, którzy uczestniczą we Mszy, jak najlepiej przeżyli istotę tego, co jest sprawowane? Chodzi o to, że jeżeli są do wyboru dwie modlitwy eucharystyczne o tajemnicy pojednania, a na Mszy zgromadziła się wspólnota wychodząca z poważnego konfliktu, to mogę użyć modlitwy, która będzie pomagać w rzeczywistym pojednaniu, a tym samym w owocniejszym przyjęciu sakramentu.
 
Czy w ten sposób liturgia nie staje się teatrem jednego aktora – księdza?
 
A kto jest odpowiedzialny za wspólnotę? Ryt? On nie podejmuje żadnej decyzji, to prezbiter stanie przed Sądem i zda sprawę z tego, jak przewodził powierzonym mu ludziom. Nie słyszałem, żeby duchowni mieli być rozliczani przez Boga z wierności rubrykom.
 
Kiedyś jednak każde odstępstwo od rubryk było grzechem ciężkim.
 
Dlaczego liturgia była obwarowana tyloma grzechami? Jako ksiądz widziałem, co się czasem dzieje z Eucharystią we wspólnotach księży, gdzie sprawuje się Msze indywidualnie, bez udziału wiernych. Zrozumiałem wtedy, po co te obwarowania: żeby księża porządnie celebrowali Eucharystię. Gdyby nie strach przed grzechem, część z nas byłaby w stanie odprawić Mszę w pięć minut. To, co mówię, jest okropne, ale to prawda. Dziś na szczęście Eucharystia bez ludu nie powinna być w ogóle sprawowana. Dzięki temu liturgia wraca do swoich źródeł, do interakcji; leitos ergon oznacza „dzieło wspólne".
 
Dwudziestowieczna (bo przecież rozpoczęta jeszcze przed Soborem Watykańskim II) reforma liturgii wzięła się w dużej mierze ze świadomości historycznej. Ludzie zaczęli badać źródła. Porównywać to, co było, z tym, co jest, i pytać, skąd wzięły się pewne gesty, znaki. Odkryto, że wiele z nich, choć uświęconych jakąś wielką tradycją, pojawiło się zupełnie przypadkowo i pierwotnie miało zupełnie inne znaczenie niż teraz. Postanowiono odsłonić istotę liturgii, sprowadzić ją do spraw esencjonalnych.
 
Problem w tym, że w krajach, w których radykalnie okrojono liturgię, np. w Holandii, kościoły szybko opustoszały...
 
Odchodzenie z Kościoła we Francji, Holandii, Belgii i w Niemczech nie zaczęło się od Soboru Watykańskiego II. Tam problemy pojawiły się wcześniej.
 
Jedna hipoteza mówi, że zmiany były źródłem wszelkiego zła, a druga, że zmiany przyszły za późno. Co by było, gdybyśmy w XIX w. zreformowali liturgię i nie dopuścili do „zabetonowania" teologii? Co by się stało, gdyby zmiany przyszły sto lat wcześniej? Proszę zwrócić uwagę na to, że ta sama reforma była wprowadzana w Polsce, opóźnionej cywilizacyjnie w wyniku wojen i totalitaryzmów o kilkadziesiąt lat w stosunku do Zachodu. Czy w polskim Kościele wprowadzenie reformy soborowej doprowadziło do kryzysu?
 
Wydaje się, że wręcz odwrotnie...
 
No właśnie. Jeżeli dziś, kiedy zmiany cywilizacyjne dotarły i do nas, istnieje jakieś żywe chrześcijaństwo, to właśnie dzięki soborowi.
 
Dzięki niemu mamy więcej narzędzi do pracy, do ewangelizacji, do tego, by opierać się złym tendencjom w kulturze. Wyobraźmy sobie, że nic się nie wydarzyło, że funkcjonujemy obecnie wyłącznie wewnątrz dawnej liturgii i teologii, nie ma ruchów poza Akcją Katolicką i Sodalicją Mariańską...
 
Trzeba jednak dodać, że rewolucja kontrkulturowa pojawiła się, kiedy Sobór rozbudził już pewne nadzieje, ale nie dał jeszcze dokumentów wykonawczych. Wielu duchownych doszło do wniosku, że skoro ludzie uciekają z Kościoła, to nie ma co czekać na dokumenty, trzeba coś zmieniać samemu. Na podstawie tego, co usłyszeli w radiu albo przeczytali w gazetach o Vaticanum II, zaczynali „reformować". A kiedy doszły do tego zmiany w myśleniu wywołane przez rewolucję, w wielu miejscach doszło do prawdziwej katastrofy. Ale czy to była reforma Soboru? Na pewno nie.                              
 
Rozmawiał Sławomir Rusin
List 12/2011 
 
 



Pełna wersja katolik.pl