logo
Niedziela, 05 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Ireny, Katarzyny, Kleofasa, Wincentego – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Elżbieta Ruman
Życiodajność
Fronda


 
 - Kiedy dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży, byłam przerażona. Rok wcześniej skończyłam brać chemię, a przede mną była ciężka operacja.
Pani Renata z Warszawy walczyła z chorobą nowotworową od kilku lat. Jej dwuletnia córeczka często bywała tylko z ojcem lub dziadkami, kiedy Renata trafiała na kolejną chemię.
 
Wszystko zaczęło się w pierwszych miesiącach po urodzeniu Julii. Jeszcze przed rozwiązaniem Renata zauważyła na szyi guz. Do lekarza poszła trzy miesiące później. Diagnoza: nowotwór na splocie barkowym. Zaczęła się walka o życie.
 
– Czasami była tak słaba, że całymi tygodniami leżała bezradnie – opowiada Roman, mąż Renaty. Leczenie w Warszawie, później we Wrocławiu, przynosiło poprawę na krótko. – Miałem wrażenie, że kiedy się dźwigała, wtedy choroba uderzała na nowo. Widziałem, że niknie w oczach, traci nadzieję. Wtedy wpadłem na pomysł – może dziwny w tej sytuacji – ale postanowiłem przypomnieć jej, co mi kiedyś obiecała.
 
– Kiedy usłyszałam od męża: nie możesz się poddać, przecież obiecałaś mi syna, to nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przecież nie byłam nawet w stanie wziąć na ręce córeczki.
 
Po kilku miesiącach nastąpiła poprawa. Renata mogła zajmować się domem, chodzić na spacery z Julią. Przy kolejnym badaniu okazało się, że jest w ciąży. „To niemożliwe”, usłyszała od lekarzy. „Ciągle jest pani chora, od ostatniej chemii minęło zaledwie kilkanaście miesięcy. Czy zdaje sobie pani sprawę, co takiego ewentualnie pani urodzi? Nawet pięć lat po zakończeniu chemii istnieje ogromne ryzyko, że płód obciążony będzie z poważnymi wadami”.
 
Renata usłyszała, że nie znajdzie lekarza, który poprowadzi jej ciążę. Że jest to poważne zagrożenie dla jej życia, a dziecko i tak nie ma szans być normalne. Kolejni lekarze po obejrzeniu dokumentacji jej choroby stwierdzali, że ciążę natychmiast trzeba usunąć.
 
– Rzeczywiście, czułam się coraz gorzej – wspomina Renata. – Doszło do tego, że mogłam już tylko leżeć. Byłam jednak pewna, czego chcę – chcę urodzić dziecko, które jest we mnie. Niezależnie od tego, czy będzie „normalne”, czy nie.
– Słyszałem od lekarza – dopowiada Roman – że Renata nie przeżyje tej ciąży, że dziecko może nie mieć nóżek albo rączek, ale oboje byliśmy pewni, że nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką uda nam się razem zrobić na ziemi, to nigdy nie zgodzimy się na usunięcie ciąży.
 
Kolejna wizyta u onkologa przyniosła następną diagnozę – przerzuty do jamy brzusznej. Wyniki badań i zdjęcia nie pozostawiały wątpliwości: pojawił się nowy guz, wymagający natychmiastowej operacji. W przypadku ciąży wygląda to następująco: należy unieść dziecko, aby wyciąć guz. Renata nie zgodziła się: to mogłoby zaszkodzić dziecku.
 
Niespodziewanie rodzina Renaty znalazła sprzymierzeńca. Ciążę Renaty zdecydował się poprowadzić profesor Bogdan Chazan. – Pacjentka zgłosiła się do mnie z dokumentacją wskazującą na istnienie nowotworu złośliwego, naciekowego – wspomina lekarz. – Stwierdziłem, że ciąża rozwija się prawidłowo, choć kobieta cierpiała na ogromne bóle spowodowane chorobą. Moje doświadczenie wskazywało, że ciążę należy wydłużać, by dać jak największe szanse dziecku. Wcześniej prowadziłem ciąże wielu kobiet, które spodziewały się dziecka, będąc ciężko chore, na przykład na endometriozę czy astmę. W ich przypadku ciąża znacznie poprawiała stan zdrowia – już po urodzeniu stwierdzały, że te dziewięć miesięcy było stanem ich najlepszego samopoczucia.
 
Był trzydziesty tydzień ciąży, gdy stan Renaty gwałtownie się pogorszył. Trafiła do szpitala. Kiedy okazało się, że życie dziecka jest zagrożone, podjęto decyzję: natychmiastowa operacja i to podwójna. Czekały już dwie sale operacyjne i dwa zespoły lekarzy – jeden miał wyjąć dziecko przez cesarskie cięcie, drugi miał wyciąć guz.
 
– Czekałem pod drzwiami, wiedziałem, że żona jest nieprzytomna i że jest z nią źle. Kiedy z sali operacyjnej wyszedł lekarz, obawiałem się najgorszego. Usłyszałem: ma pan syna!
Tymczasem rozpoczęła się druga operacja. Onkolodzy byli zaskoczeni – żadnego guza nie znaleziono. Jeszcze raz przeglądali wyniki badań – nie było wątpliwości: trzy miesiące wcześniej były przerzuty w jamie brzusznej. Widoczne na zdjęciach jak na dłoni.
 
Chłopiec dostał osiem punktów, ważył 1580 gramów, oddychał samodzielnie. Po piętnastu minutach jego stan się pogorszył. Trafił do Instytutu Matki i Dziecka, gdzie przez kilka dni trwała walka o jego życie. W końcu zaczął dochodzić do zdrowia. Po dwóch miesiącach był już w domu.
 
Renata szybko wracała do sił. Jedyne wytłumaczenie, jakie podawali jej lekarze, brzmiało: widocznie ciąża zmobilizowała siły obronne organizmu, który samodzielnie zwalczył przerzuty nowotworowe. – Pewne immunologiczne procesy zachodzące w czasie ciąży sprawiły, że rozwój nowotworu został zatrzymany – mówi profesor Chazan. – Niedawno jeszcze panowało w medycynie przekonanie, że w przypadku choroby nowotworowej ciąża pogarsza stan kobiety, dziś onkolodzy twierdzą co innego.
 
Dziś Michał ma trzy lata, jest zdrowym i inteligentnym malcem, a Renata w pełni sił opiekuje się rodziną. Roman nie ma wątpliwości, że gdyby wtedy zdecydowali się usunąć ciążę, dziś nie miałby ani syna, ani żony.
 
Elżbieta Ruman
 
 



Pełna wersja katolik.pl