logo
Czwartek, 09 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Marii, Dymitra, Wadima, Heliodora, Gaucheriusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Paweł Kozacki OP
Zmarli są w dobrych rękach
Tygodnik Powszechny


Kiedy stajesz wobec nieszczęścia, jakim jest utrata ukochanej osoby, kogoś, z kim dzieliłeś życie, z kim zjadłeś beczkę soli, kto był zawsze w zasięgu telefonu – możesz tylko zamilknąć.
 
Niechaj więc podniesie nas na duchu nadzieja zmartwychwstania, albowiem tych, których tutaj tracimy, tam zobaczymy na nowo; trzeba nam tylko mocno wierzyć w Chrystusa, to jest zachowywać Jego przykazania. Jako Wszechmogącemu łatwiej Mu zbudzić zmarłego niż nam pogrążonego we śnie. Ale kiedy tak oto rozprawiamy, nie wiadomo, dlaczego nam samym płyną łzy, a ducha wiary osłabia uczucie tęsknoty. 
[św. Braulion, biskup Saragossy]
 
Czasami taki ból przekracza ludzką wytrzymałość. Sprawia, że człowiek niemalże popada w szaleństwo, szukając wszędzie śladów tego, kto odszedł. Zrozpaczony, chce zobaczyć postać zmarłego, usłyszeć jego głos, przebywać w miejscach, w których go widywał. Niepogodzony z odejściem wyrusza na poszukiwanie umarłego.
 
Wtedy pojawiają się pocieszyciele, którzy próbują słowami-wytrychami ukoić cierpienie. Jedni mówią: „Taka była wola Boża”. Inni, na przykład przyjaciele Hioba, będą sugerować, że skoro spotkało Cię nieszczęście, to musiałeś na nie zasłużyć. Jeszcze inni przekonują, że jako ludzie wierzący nie powinniśmy się smucić po odejściu kogoś kochanego, bo Chrystus zapewnia nas, że zmartwychwstaniemy.
 
Jezus zapłakał 
 
Zapewniam Cię, że owi pocieszyciele nie mają racji. Masz prawo do smutku, masz prawo do łez, masz prawo do cierpienia. Przypomnij sobie, jak Maria i Marta z Betanii wezwały Jezusa do chorego Łazarza, jednak gdy Mistrz przybył na miejsce, jego przyjaciel już nie żył. Jezus najpierw zapewnił Martę: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11, 25).
 
Jednak na widok płaczącej Marii i pogrążonych we łzach Judejczyków najpierw ogarnęło go wzburzenie, a po chwili zapłakał. Gdy przyprowadzili Go do grobu, ponownie okazał głębokie wzburzenie. Można z pewnym zdziwieniem zapytać, dlaczego Jezus tak się zachował. Pismo pozwala się przecież domyślać, iż już wyruszając do Betanii wiedział, że wskrzesi przyjaciela, że Łazarz wróci między żywych. Mówił: „Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli” (J 11, 14-15).
 
Dlaczego więc płacze? Dlaczego widać po nim wzburzenie? Myślę, że nie płakał nad Łazarzem, którego miał wskrzesić, ale nad tym, że na świecie ciągle jeszcze sroży się śmierć, której Bóg nie stworzył, która jest absurdem, owocem grzechu, która niszczy Jego umiłowane dzieci, wobec której ludzie pozostają bezradni. Stąd stan, który ewangelista opisuje jako wzburzenie. Jezus w tej scenie staje solidarnie obok każdego, kto opłakuje śmierć bliskiej osoby. Zatem jeśli ktoś będzie Ci tłumaczył, że nie powinieneś płakać, bo Chrystus zmartwychwstał, to przypomnij mu, że Chrystus płacze razem z Tobą, że jest smutny, bo śmierć zabiera z tego świata ludzi, zrywa więzi, oddala od siebie przyjaciół. Jezus jest wrogiem śmierci, On w głębi siebie nie może jej ścierpieć.
 
Abstrahując od słowa Bożego, zapytałbym, czy ktokolwiek ma prawo się dziwić, że ludzie, którzy się kochają, smucą się i płaczą, gdy nadchodzi czas rozłąki? Gdy jedno z nich wyrusza w daleką podróż, a drugie zostaje w domu, i wiedzą, że przez długie tygodnie czy miesiące nie będą się widzieć, to naturalną reakcją są łzy i smutek. „Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć” (Mt 9, 15). Dlaczego zatem ktoś w imię wiary nie pozwala na smutek w sytuacji, gdy rozłąka może potrwać lata, gdy nie wiadomo, kiedy i gdzie dojdzie do ponownego spotkania?
 
Jeśli przypomnisz sobie Maryję, która mimo śmierci Syna zachowała wiarę w Jego wieczne królowanie, a jednak bardzo cierpiała, widząc Jego mękę i śmierć, jeśli do tego wspomnisz, że pierwszą osobą, której objawił się Jezus po zmartwychwstaniu, była płacząca u grobu Maria Magdalena, a nie przestraszeni, ale trzymający uczucia na wodzy apostołowie, to mocniejsze będzie w Tobie przekonanie, że Bóg nie będzie Ci wyrzucał małej wiary z powodu płaczu po śmierci kochanej osoby.
 
Bez odpowiedzi 
 
Gdy czyjeś życie się kończy, pojawia się często dramatyczne pytanie: „Dlaczego?”. Można jeszcze zrozumieć, gdy odchodzi człowiek mający za sobą długie życie i żegna się z tym światem, zostawiając liczne grono potomków, którzy noszą jego imię i będą rozwijać dzieło jego życia. Ale jakimi słowami utulić żal po odejściu dziecka, po utracie żony albo męża, którzy umarli wkrótce po ślubie, jak odpowiedzieć na to pytanie, gdy w wypadku ginie młody, świetnie zapowiadający się człowiek?
 
Niektórzy próbują się doszukać winy. Za jakie grzechy? Czym zawiniłem, że Pan zabrał mi dziecko, męża, żonę, rodziców... Takie spekulacje Jezus uciął retorycznymi pytaniami wtedy, „gdy donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: »Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? (...) Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy?«” (Łk 13, 1-2. 4). Czasami wina jest ewidentna: ktoś prowadząc po pijanemu samochód spowodował wypadek, w którym zginęły postronne osoby. Często jednak nie ma bezpośredniego przełożenia ludzkiego działania na śmierć. Jakiekolwiek spekulacje, kto był winny, czyje grzechy przyczyniły się do śmierci konkretnej osoby, są nie na miejscu. „Więc dlaczego?” – pytasz zrozpaczony.
 
Wszelkie słowa są wtedy nieadekwatne, żadna pociecha nie dorasta do bólu, który Cię trawi. Próba pocieszenia, polegająca na uzasadnieniu śmierci wyższymi racjami, będzie zawsze bezowocna, bo tak naprawdę nie czekasz na odpowiedź na tak postawione pytanie. Być może czekasz na jakieś uzasadnienie, które przyniesie Ci ulgę, spodziewasz się, że istnieje wytłumaczenie, które nada sens absurdalnej śmierci. Jednak nawet gdyby znalazło się logiczne uzasadnienie, dlaczego straciłeś ukochaną osobę, gdyby ktoś przeprowadził dowód, który wykazywałby, że nieszczęście w dalszej perspektywie przyniesie błogosławione owoce lub pozwoli uniknąć jeszcze większego cierpienia – nic nie przywróci do życia tego, kto odszedł.
 
Na cóż najmądrzejsze wyjaśnienia, religijne pociechy czy filozoficzne dywagacje matce opłakującej śmierć dziecka albo oblubienicy opłakującej śmierć ukochanego? Śmierć sama w sobie zawsze jest bezsensem, stratą i nieszczęściem.
 
Wierzysz w to? 
 
Bezsens śmierci stawia czasem pod znakiem zapytania wiarę w zmartwychwstanie, wiarę, że kiedyś spotkamy się jeszcze z tymi, których dziś opłakujemy. Czasami ból po stracie kochanej osoby każe pytać, czy Bóg istnieje. Niestety, tak jak nie mamy empirycznego dowodu na istnienie Boga, tak nie mamy niepodważalnych dowodów na życie po śmierci. Pozostaje wiara i nadzieja, że Jezus przez krzyż, przez swoje zmartwychwstanie wyłamał bramy śmierci, rozwalił mur oddzielający człowieka od życia wiecznego. Skoro on, nasz brat w człowieczeństwie, nie pozostał w objęciach śmierci, to i my mamy drogę otwartą do miejsca, gdzie Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie” (Ap 21, 4). Jezus uspokajał i zapewniał: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce” (J 14, 1-2).
 
Możesz zatem powtarzać słowa przekazane nam w Piśmie Świętym, by prawda w nich zawarta przeniknęła Twoje obolałe jestestwo, by stały się one drogą prowadzącą do nowego życia: Bóg „w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie” (1 P 1, 3-4). „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5).
 
Co będzie z grzesznikami? 
 
Jeśli wierzysz w „ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny”, być może martwisz się o los tego, kto odszedł z tego świata, o to, czy będzie mógł dostąpić zbawienia. Takie pytania pojawiają się zwłaszcza wtedy, gdy śmierć przychodzi nagle i niespodziewanie na człowieka, którego czyny i słowa świadczą, że nie ma czystego konta, że niejeden grzech ma na sumieniu...
 
Czasem są to ludzkie słabości, ale zdarza się, że ktoś chlubi się za życia tym, czego powinien się wstydzić; że do końca uparcie odmawiał pojednania z Bogiem. Czy zatem słusznie lękasz się o los kochanej osoby po jej śmierci, czy musisz się niepokoić, że spełnią się słowa Jezusa przestrzegającego przed ogniem wiecznym? Nie wiem, jaki jest los naszych zmarłych, nie wiem, jak Bóg osądzi ich czyny. Wierzę jednak, że nikomu bardziej nie zależy na ich zbawieniu, na ich wiecznej szczęśliwości, niż właśnie Bogu. Jeśli Ty przejmujesz się losem wiecznym Twoich krewnych i przyjaciół, to o ileż bardziej Ten, „który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał” (Rz 8, 32), Ten, „który nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 16).
 
Powiem wprost: przekonanie, że Ty bardziej kochasz zmarłego niż Bóg, to pycha. Mniemanie, że Tobie bardziej zależy na jego zbawieniu niż Bogu, jest bluźnierstwem. Dlatego z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jeśli znajdzie się w człowieku, który umarł, okruszek dobra, to Bóg go dostrzeże i rozmnoży. Jeśli w zmarłym jest iskierka światła, to Bóg jej nie zgasi, ale rozdmucha w światło nieprzemijające. Bóg tak bardzo pragnie zbawienia człowieka, tak bardzo chce obdarować go szczęściem wiecznym, że nie pyta o bilans plusów i minusów, dobrych uczynków i grzechów, ale chwyta się wszystkiego, co swojego może w człowieku odnaleźć. Tak było na przykład z łotrem umierającym obok Jezusa na krzyżu, który tyle miał na sumieniu, że uznał, iż sprawiedliwą cierpi karę. Jezus przyjął jego prośbę i obiecał mu przyjęcie do Królestwa. Zapewniam Cię, że los kochanej osoby, która odeszła z tego świata, jest w dobrych rękach.
 
Płakać z płaczącymi 
 
Wiele lat temu podróżowałem po Ukrainie. Były to pierwsze lata pierestrojki. W jednej z wiosek odszedł właśnie z tego świata stary, bardzo kochany przez ludzi człowiek. Jego ciało, złożone w trumnie, spoczywało w domu, w którym żył i umarł. Najbliższa rodzina zgromadziła się przy marach, a ludzie z wioski i najbliższej okolicy przychodzili wyrazić współczucie. W tych odwiedzinach, oprócz łez i płaczu, był czas na rozmowę, milczenie i modlitwę. Wspominano życie zmarłego, jego szlachetne i zwyczajne czyny, przywoływano ulubione powiedzonka, a nawet opowiadano anegdoty, których był bohaterem. Wspólnie śpiewano. Odwiedziny trwały do dnia pogrzebu, kiedy wyniesiono trumnę z domu i odprowadzono na cmentarz.
 
Dla mnie, człowieka z miasta, gdzie śmierć przeżywa się w czterech ścianach własnego mieszkania, wielkim odkryciem było to, że najbliższa rodzina zmarłego nie została w tych trudnych chwilach sama, że otaczali ją krewni i przyjaciele, sąsiedzi i znajomi. Ta wspólnota pomagała zmierzyć się z dramatem straty bliskiego. Tam nikt niczego nie tłumaczył, nikt nie pocieszał w tani sposób. Była w tej wspólnocie zgromadzonej wokół trumny praktyczna realizacja nakazu „jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6, 2).
 
Nie wiem, czy zgromadzeni tam by się ze mną zgodzili, ale ja dostrzegałem wśród nich miłość wzajemną, bo mieszkańcy wsi tworzyli wspólnotę obecności, współczucia i modlitwy, która jest lekarstwem na ból duszy. W ich odwiecznym zwyczaju zaklęta była mądrość, niepozwalająca zostawić samego człowieka unieszczęśliwionego śmiercią, niedopuszczająca, by zamknął się w więzieniu bólu i ciszy, która „pełna jest nieobecności ryczącej jak morze”. We wspólnym czuwaniu była też świadomość, że w takich chwilach trudno się zdobyć na modlitwę. Gdy odchodzi człowiek, który był całym światem, ziemia rozpada się na kawałki, a niebo jest puste. W człowieku prędzej można wtedy znaleźć obojętność lub bunt niż pobożne uczucia.
 
Skąd ma nadejść pomoc? 
 
Czy wiara może być wsparciem w momencie śmierci kogoś kochanego? Owszem, ale jest to pocieszenie, które nie przychodzi automatycznie, bo nie wynika z intelektualnego wczytywania się w traktaty teologiczne ani nawet z przywoływania katechizmowych prawd o zmartwychwstaniu umarłych w dniu ostatecznym. Pokój, który człowiek może odnaleźć w Chrystusie, wypływa z doświadczenia tego, co wymyka się naszym zmysłom i czego nie obejmie ziemski rozum. Wspólnota modlitwy nie gwarantuje ulgi, ale stwarza przestrzeń, w której można spotkać Boży pokój. Wiara nie przynosi natychmiastowego ukojenia, ale otwiera na łaskę Obecności i nadzieję zmartwychwstania, które przekraczają rozpacz śmierci.
 
Osierocony przez zmarłego, zostaniesz uleczony z szaleństwa żalu nie przez ludzi, którzy najczęściej stają bezradni na progu nieszczęścia, ale poprzez nadejście Lekarza nie z tego świata. Jednak Łaska buduje na naturze; i jak potrzebujesz czasu, by oswoić się z nieobecnością kochanego człowieka, tak łaska wiary może stopniowo przywrócić Ci nadzieję.
 
Paweł Kozacki OP
Tygodnik Powszechny 44/2010
 
fot. Ikaika Flower
Pixabay (cc)
 
 



Pełna wersja katolik.pl