logo
Sobota, 04 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Benedykta, Izodora, Wacława – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
s. Maksymiliana Kamińska MChr
Wspomnienia z podróży
Profile



Wyprawa misyjna

Nasza podróż do Związku Radzieckiego rozpoczęła się we wrześniu 1988 roku, gdy zza wschodniej granicy zaczęły docierać pierwsze głosy o Pierestrojce.

Podejmując "misyjną wyprawę", miałyśmy na celu odwiedzenie kilku parafii na terenie ówczesnej Republiki Ukraińskiej i rozeznanie, gdzie w przyszłości, mogłybyśmy – jako zgromadzenie zakonne – rozpocząć pracę apostolską. Ze względu na ów cel i – by nie narażać osób, które nas zaprosiły – postanowiłyśmy, że pojedziemy jako osoby świeckie. Stroje zakonne zamierzałyśmy starannie ukryć, wśród świeckich ubrań.

Należało mieć pozwolenie

Pierwsze trudności pojawiły się już podczas przygotowań do wyjazdu, ale była to dopiero rozgrzewka. W biurze paszportowym, zadawano nam wiele pytań, w stylu: po co i gdzie jedziecie, dlaczego prosicie o wydanie paszportu, ubrane po świecku. Nie mogąc ujawnić prawdziwego celu naszego wyjazdu do ZSRR, podawałyśmy różne, prawdopodobne powody. Okazały się one na tyle wiarygodne, że pozostawiono nas w spokoju.

Innym problemem, z którym należało sobie poradzić, był obowiązek zgłoszenia w Urzędzie do Spraw Wyznań, wszystkich przedmiotów o charakterze religijnym, przewożonych za wschodnią granicę. Na każdy taki przedmiot, będący upominkiem, należało mieć pozwolenie. Tymczasem w naszych plecakach znaleźć można było tysiące obrazków, Pismo Święte, modlitewniki, różańce. Ta ilość przekroczyła normę, więc ostatecznie dostałyśmy pismo, w którym była podana przybliżona liczba dewocjonaliów, z zaznaczeniem, że żadna z rzeczy, które przewozimy, nie jest na sprzedaż. Byłyśmy przekonane, że powyższe pismo spełni rolę swoistej karty gwarancji, w razie większej kontroli.

Pierwszy "egzamin"

Do pociągu relacji Szczecin-Przemyśl, wsiadłyśmy jeszcze oficjalnie w strojach zakonnych. Podczas podróży musiałyśmy sprawnie się przebrać, by już w Przemyślu występować jako osoby świeckie. Miał to być nasz pierwszy "egzamin", polegający na szybkim i sprytnym działaniu. Zadanie się udało, a charakteryzacja była tak dobra, że na peronie nie zostałyśmy rozpoznane, nawet przez rodzonego brata jednej naszych sióstr.

Po krótkim odpoczynku, posilone Ciałem Eucharystycznym, udałyśmy się w kolejny etap naszej podróży: z Przemyśla do Kijowa. W pociągu tej relacji rozpoczęły się przygody.

Trudne pytania

Z odrobiną dreszczyku i gorliwością, właściwą apostołom, zajęłyśmy miejsca. Uprzedzone, że w przedziałach mogą być podsłuchy, byłyśmy bardzo oszczędne w słowach, a mając dużo czasu, oddałyśmy się modlitwie i lekturze duchowej. Bardzo szybko rozpoczęła się odprawa celna; dla celników każdy szczegół był pretekstem do skrupulatnej kontroli. Nie zdążyłam nawet odłożyć, a raczej schować czytanej książki, gdy zainteresowała ona celnika. Tytuł pamiętam do dziś - "Trudne pytania", autorstwa o. Jacka Salija. Później wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie.

Po sprawdzeniu dokumentów i bagaży, kazano nam założyć kurtki, zabrać plecaki i wysiąść z pociągu. Nie pomogły nasze tłumaczenia, pokazywanie dokumentu z Urzędu do Spraw Wyznań. Kilku celników wyprowadziło nas z pociągu, który po kilku minutach odjechał. Wszystko to odbyło się na przejściu granicznym w Mościskach, około godz. 21.00. Zaprowadzono nas do punktu celnego, gdzie zaczął się horror. Do sali weszło dwunastu celników, w tym jedna kobieta. Nasze rzeczy wyrzucono na kilka stołów i rozpoczęła się szczegółowa kontrola.

Każdą rzecz oglądano, wszystkie książki przekartkowano. Najbardziej obawiałyśmy się o nasz strój zakonny, że zostanie rozpoznany, stając się wstępem do jeszcze poważniejszych problemów.

Liczenie trwało kilka godzin

Ku naszemu zdziwieniu, habit nie budził żadnego zainteresowania, natomiast największym zaciekawieniem cieszyły się obrazki, medaliki, a raczej ich duża ilość. Znowu zaczęłyśmy tłumaczyć, że dewocjonalia wieziemy w prezencie, a nie w celach handlowych. Pokazałyśmy również pismo, które w tym momencie stało się dla nas zgubne. Na polecenie jednego z celników, zaczęto liczyć dosłownie każdy obrazek, medalik, różaniec, sprawdzając, czy ich ilość zgadza się z zapisaną w dokumencie. To żmudne liczenie trwało kilka godzin, zaś atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Poddano nas osobistej kontroli, jednak Opatrzność nad nami czuwała.


 

 
1 2 3  następna
 



Pełna wersja katolik.pl