logo
Czwartek, 09 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Marii, Dymitra, Wadima, Heliodora, Gaucheriusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Marcin Jakimowicz
W cztery oczy
Gość Niedzielny


Kiedy i jak powiedzieć grzesznikowi, że grzeszy – w rozmowie z Marcinem Jakimowiczem podpowiada o. Jordan Śliwiński.

„To Twoja żona?” – zapytał Tomka Budzyńskiego zakonnik, dawny kolega z klasy. „Nie, dziewczyna” – wybąkał lider Armii. „Żyjesz w grzechu” – wypalił bez ogródek paulin. To był początek jego nawrócenia.

 
Upomnienie to nie manifestacja siły. Najważniejszą kwestią jest to, że chcę pomóc drugiemu człowiekowi. Dlatego muszę wybrać formę upomnienia w zależności od tego, kim jest człowiek, którego upominam. Jednemu potrzebna jest polopiryna duchowa, innemu mocniejsze lekarstwo. Niektórym, jak Dawidowi, wystarczy opowiedzieć bajkę o owieczkach, innym trzeba ukręcić bicz.
 
Nasze upomnienia zawsze będą przefiltrowane przez zranienia, uprzedzenia, wkurzenie…

Jasne. Ojciec Pio znany był z tego, że potrafił bardzo mocno skarcić penitentów. To wynikało z jego temperamentu. Jego sekretarz o. Marciano Morra wymieniał mnóstwo podobnych przykładów. Ale spójrzmy, jak wyglądało to u stygmatyka. Wybuchał, ale potem płakał przed Najświętszym Sakramentem, korzył się, modlił się w intencji osoby, którą upomniał, pościł. To upomnienie miało dalszy ciąg. Może w ten sposób wynagradzał to, że forma była zbyt ostra?
 
Nie wszyscy, jak wiemy, przyjmowali te upomnienia. Na przykład Aleksander Wat wyszedł po rozmowie ze stygmatykiem wzburzony.

Napisałem o tym doświadczeniu Wata duży tekst. To bardzo ciekawe. Nie znamy tematu rozmowy między nieuleczalnie chorym pisarzem a stygmatykiem. Wiemy tylko, że o. Pio go wyrzucił. Rzeczywiście nie wszyscy przyjmujemy upomnienie. Ważna jest – powtarzam raz jeszcze – jego forma. Bardzo wiele nauczyłem się od Francesca Osuny – XVI-wiecznego mistyka, autora „Abecadełka życia kontemplacyjnego”. On mówi tak: W upomnieniu braterskim najważniejsze jest to, byś pomógł drugiemu człowiekowi. Poczekaj na moment, w którym ten człowiek będzie w stanie przyjąć upomnienie. A jeśli ktoś może upomnieć brata skuteczniej od ciebie, to „przekaż pałeczkę”. Zostaw to upomnienie komu innemu. Być może łatwiej będzie komuś przyjąć upomnienie od przełożonego albo od bliskiego współbrata? Może taka forma będzie mniej upokarzająca?
 
A co robi kapucyn, gdy trzeba upomnieć przełożonego?

W naszych wspólnotach jest ktoś taki jak dyskret. To wybierana przez braci osoba, do której można pójść w przypadku konfliktu z przełożonym z prośbą o mediację. On może też podejść do gwardiana i upomnieć go, że coś ściemnia (śmiech). To rodzaj trybuna ludowego.
 
„Co mnie najwięcej kosztuje, to zwracanie uwagi na błędy. Wolałabym sama być tysiąc razy upomniana, niż upominać innych” – notowała Mała Tereska. To naprawdę takie trudne?

Szalenie trudne. Zwłaszcza jeśli upominasz kogoś bliskiego, kogoś, kogo kochasz. Bo ryzykujesz wówczas relację. Musisz przyjąć, że możesz zostać odrzucony, że zostaną zanegowane twoja dobra wola i szczere intencje. Wszyscy się tego boimy.
 
Jezus ryzykował. W Biblii znajdziemy upomnienia na każdym kroku. Nie wiem, jak zareagowałbym, słysząc jak Piotr: „Zejdź mi z oczu, szatanie!”.
 
Tyle że – uwaga! – on wcześniej usłyszał coś zupełnie innego! „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony” i tak dalej... Po tych słowach był w stanie przyjąć każde ostre upomnienie. Zobaczmy, w jaki sposób Jezus rozmawia z Samarytanką. Przecież On od początku wie, w jakim ona żyje stanie. A jednak wchodzi z nią w dialog i cierpliwie doprowadza do odkrycia prawdy: „Ten, z którym żyjesz, nie jest twoim mężem”. Ta pedagogika miłości Boga pozwala nam przyjąć z Jego ust upomnienie. Bóg szuka człowieka nie po to, by go zniszczyć.
 
Rani i jednocześnie leczy. Upomina i pociesza.

Sama prawda może nas zabić. Jeśli będę miał studenta, który jest cienki, i każdego dnia będę mu powtarzał, że jest marny, słaby, głupi i do niczego się nie nadaje, to go zniszczę! Prawdę trzeba pokazywać w miłosierdziu...
 
…by uniknąć satysfakcji: upominam, czyli wiem lepiej, jestem lepszy?

To ślepa uliczka. Mamy pokusę, by być drugim Panem Bogiem. Chcemy być wszystkowiedzący. Jeśli mamy kogoś upomnieć, proponuję: zróbmy sobie wcześniej rachunek sumienia. To stawia do pionu. Nie upominamy jako lepsi, upominamy ze względu na miłość. To ogromna różnica. Jeśli spowiednik zacznie kogoś prowadzić dlatego, że – jak sądzi – jest „niezłym gościem, który to i owo przeżył”, to jest już po nim... Traci kompletnie przezroczystość wobec Boga.
 
1 2  następna
 



Pełna wersja katolik.pl