logo
Czwartek, 09 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Marii, Dymitra, Wadima, Heliodora, Gaucheriusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Katarzyna Cudzich
Po koncercie Kirka Franklina
Ruah


 
 Kto wie...
 
- Kto z Was miał ciężki rok? - miało się wrażenie, że wszyscy zgromadzeni podnieśli rękę. – To niech teraz każdy zwróci się do swojego sąsiada i powie, co chce pozostawić za sobą. Co chce zmienić. Co Jezus może zabrać i uleczyć. Potem trzeba było zaśpiewać sąsiadowi, że Jezus go kocha. I tak dalej... Generalnie my, Polacy nie lubimy takiego rodzaju animacji. No może czasem – na weselach. Ale to też tylko niektórzy. Trudno nam się przełamać. Czujemy sztuczność i unikamy takich form jak ognia. Ale tutaj było inaczej. Tutaj wszyscy robili to, co prowadzący im zlecił. Manipulacja? Sekta? Nie. Koncert Kirka Franklina.
 
Na to wydarzenie czekało się od miesięcy. Reklama była dobra, więc mało który chrześcijanin interesujący się muzyką, o nim nie słyszał. - Bilet mam już od pół roku! Nie mogłabym tego przeoczyć - słyszę w kolejce do kas. Na szczęście koncert spełnił oczekiwania i Kirk nie zawiódł. O ile w ogóle można na to patrzeć w tych kategoriach. Przecież wciąż powtarzał, że to nie on jest tu najważniejszy...
 
Pełna kontrola?
 
W połowie koncertu na środku sceny stanął klawisz. Kirk stwierdził, że nie spodziewał się takiej entuzjastycznej reakcji na jego przyjazd i w związku z tym chciałby zagrać wszystkie te utwory, które lubimy. Widzowie zaczęli się przekrzykiwać, a on spełniał prośby wytrwale. Poleciały wszystkie przeboje. Płynnie przechodził z jednego w drugi. Chórek złożony z czterech wokalistek i dwóch wokalistów (za wyjątkiem jednej – wszyscy czarnoskórzy) brzmiał jak wielki chór gospel. W Polsce do uzyskania takiego brzmienia nie wystarczyłoby kilkaset osób; tutaj miało się wrażenie pełni. Idealne dopasowanie głosów, współpraca muzyków, głębokie brzmienie. Tego naprawdę chciało się słuchać. Tym naprawdę można było się zachwycać. I poprzez te pieśni naprawdę można było się modlić. Aspekt muzyczny i duchowy idealnie ze sobą współgrały. Nie zauważało się najmniejszego dysonansu. Śpiewało tylko kilka osób przy akompaniamencie piana, jednak nie czuło się niedosytu, jakiegoś braku. Czuło się, że tak właśnie ma być.
 
- Tej piosenki nie grałem już od 15 lat, ale zagram ją specjalnie dla was – mówi Kirk w pewnym momencie. To, że jej nie ćwiczyli, faktycznie było widać. Ale nie było tego słychać! Ich wzajemne porozumienie! Radość z muzyki! Żadnego zblazowania, zniechęcenia, czy znudzenia. Oni naprawdę cieszyli się z tego, że mogą tu grać. Autentyczność biła od samego początku. Ale i ponadnaturalna radość. Jakiś zachwyt nad samą muzyką i nad tym, że grają dla Niego. A instrumentaliści? Pełne mistrzostwo. Fachowość. Oczywiście instrumenty najwyższej klasy, własny akustyk – stąd żadnych zewnętrznych problemów. Pełna kontrola nad wszystkim. Ten koncert to nie była tylko muzyka. To było niejako przedstawienie, coś więcej nawet niż show; idealnie zaplanowany spektakl, w którym wszystko miało swoje miejsce i czas. A co w takim razie z tym spontanicznym graniem piosenek? No właśnie. To ciekawe. Nie dało się odczuć, by to było „ustawione” - przecież spełniali prośby publiczności. Niezwykła sprzeczność, bo miało się wrażenie, że to także mieściło się w planie. Programowa bezprogramowość?
 
Ogień bez podsycania
 
Zadziwiające było to, że ludzie całkowicie dali się prowadzić. Na reakcje na wezwania Kirka nie trzeba było długo czekać. Również gwałtowne zmiany w przebiegu koncertu nie wprowadzały zdziwienia, ale każdy dawał się ponieść temu, co się działo. Wolna piosenka uwielbieniowa. Modlitwa o oddanie się Chrystusowi. Ale gdy tylko to nastąpiło – zmiana atmosfery. Szał. Pełna radość. Taniec. I to wszystko takie naturalne. Bez sztucznego podsycania. Bez namawiania, przekonywania, specjalnego podnoszenia głosu. Zakamuflowana animacja. Można powiedzieć: to dlatego, że wszyscy uczestnicy koncertu nastawiali się na pełne zaangażowanie. - Większość publiczności stanowiły chóry gospel albo ludzie ściśle związani z tym środowiskiem – zauważa chórzystka „Sienna Gospel Choir”. – Stąd większe otwarcie i zupełnie inna atmosfera.
 
Ale czy jednak tylko o to chodziło? Wcześniej występował chór „Gospel Joy”. Niestety pomimo dużej aktywności i energii – trzeba przyznać, że ich entuzjazm i zapał przerastał to, co obserwujemy na polskiej scenie gospel – nie byli w stanie w ciągu całego koncertu pobudzić ludzi tak, jak zrobił to Kirk w czasie kilku minut.
 
Karty na stół
 
Publiczność bawiła się i modliła. Jedno nie przeszkadzało drugiemu. Wydaje się, że klaskał i tańczyłby nawet ten, który by tego nie zamierzał. Ten, który przyszedłby tu przypadkiem. Ten, który nie wiedziałby, kim jest ten dziwny murzyn na scenie. Ale niestety takich ludzi raczej zabrakło. Jak to się dzieje, że kiedy mamy szansę trafić z Dobrą Nowiną w tak nieszablonowy sposób, nie korzystamy z niej? Organizatorzy próbowali dotrzeć z informacją o koncercie także do kręgów pozachrześcijańskich, jednak zazwyczaj nikt nie był zainteresowany współpracą. Co prawda Kirk nie owijał w bawełnę. To nie była krypto-ewangelizacja. Zawoalowana jej forma. Tu wszystkie karty od początku zostały wyłożone na stół. - Kiedy miałem 3 lata opuścili mnie rodzice – dzieli się na wstępie. To Jezus go uratował. Więc o tym mówi. I nie tylko na początku, ale wciąż, bez przerwy. Jak nie mówi, to śpiewa. A jak nie on – bo to akurat odbywało się rzadko – to pozostali.
 
 
 
1 2  następna
 



Pełna wersja katolik.pl