logo
Poniedziałek, 09 grudnia 2019 r.
imieniny:
Anety, Leokadii, Wiesława, Walerii, Piotra – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Piotr Misztal
Papiestwo oczami papieży
Obecni


Papiestwo budzące emocje

Nie wiedzieć czemu kwestia papiestwa zawsze rozpalała emocje ludzi. Niektórzy na Stolicę Piotrową spoglądali zza gór, widząc w niej ostoję wśród zawieruchy świata, inni nie szczędzili jej takich określeń, jak: „wielka nierządnica” czy „Babilon”. W tej sytuacji ogólnego zamętu wypada zapytać się samych zainteresowanych o ich opinię na temat swojego urzędu. Kilka najbardziej znamiennych wypowiedzi pozwoli ujrzeć nam różnorodność ich punktów widzenia. 
 
Na początek przeniesiemy się do średniowiecza (bynajmniej nie ciemnego, jak twierdzą niektórzy). Naszym pierwszym rozmówcą będzie Papież Bonifacy VIII. W swej bulli Unam Sanctam dał chyba najostrzejszy w dziejach wyraz poglądom o wielkości papieskiej powagi. Ważny jest kontekst, w którym powstał ten dokument. Musimy się mu przyjrzeć zgodnie z wszelkimi prawidłami współczesnej teologii. Było to tuż po roku jubileuszowym. W 1300 roku Rzym odwiedziły nieprzeliczone rzesze pielgrzymów. Zasilili oni w sposób niepomierny papieski skarbiec. Mówiąc w skrócie, było to wydarzenie wyjątkowo prestiżowe. Od dawna Papież nie cieszył się takim szacunkiem. Wydawało się to bardzo sprzyjać temu, by ostatecznie rozstrzygnąć wielowiekowy konflikt między władzą świecką, a Stolicą Piotrową. Początkowo adwersarzami papieży byli cesarze, a za pontyfikatu Bonifacego VIII król Francji – Filip Piękny. Prowadził on politykę niezwykle agresywną, dążąc do podporządkowania francuskiego Kościoła swojemu zwierzchnictwu, a co było dla niego jeszcze ważniejsze: zagarnięcia jego majątku. Przecież właśnie Filip Piękny jest znany z niechlubnych zabiegów mających na celu kasatę zakonu templariuszy. Przeciw tak potężnemu i przebiegłemu przeciwnikowi była skierowana bulla Papieża, osadzona, nota bene, mocno w średniowiecznej teologii świętego Piotra Damianiego, mówiącej o dwóch mieczach, reprezentujących władzę świecką i duchowną. Według bulli Papież dzierży oba. Wbrew pozorom nie musiała się tu przejawiać megalomania Bonifacego VIII. Była to chyba jedyna droga, by walczyć o niezależność Kościoła. Niestety, próba okazała się nieudana. Wkrótce po śmierci Bonifacego VIII rozpoczął się jeden z najbardziej ponurych okresów papiestwa: niewola awiniońska, która ostatecznie doprowadziła do karykaturalnej sytuacji, czyli Wielkiej Schizmy Zachodniej. Oddajmy jednak głos samemu zainteresowanemu: „Kościół jeden i jedyny ma jedno ciało, jedną głowę, nie dwie głowy niby (jakieś) dziwo natury; ta głowa to właśnie Chrystus i Piotr, zastępca Chrystusa i następca Piotra, gdyż Pan powiedział do samego Piotra: «Paś owce moje». «Moje» – powiedział ogólnie, nie zaś konkretnie te lub owe, przez co rozumie się, że powierzone mu zostały wszystkie. Jeśli więc Grecy lub inni mówią, że nie zostali powierzeni Piotrowi i jego następcom, muszą przyznać, że nie są z owiec Chrystusa, ponieważ Pan mówi u Jana: «że jest jedna owczarnia i jeden jedyny pasterz». Słowa Ewangelii pouczają, że ta władza ma dwa miecze, mianowicie duchowy i doczesny. Obydwa więc miecze ma władza Kościoła, duchowy mianowicie i materialny. Lecz tego należy używać w obronie Kościoła, tamten zaś winien być używany przez Kościół. Tamten w ręku kapłana, ten w ręku królów i żołnierzy, lecz na skinienie kapłana i w uległości wobec niego. Trzeba zaś, aby miecz był pod mieczem i aby doczesna władza była podległa duchowej. Trzeba, abyśmy o tyle jaśniej wyznali, że władza duchowa i godnością, i szlachetnością przewyższa jakąkolwiek władzę ziemską, o ile to, co duchowe, góruje nad tym, co doczesne. Albowiem według świadectwa Prawdy władza duchowa ma naznaczać władzę ziemską i sądzić, jeśli nie była dobra. Jeśli więc ziemska władza idzie złą drogą, będzie sądzona przez władzę duchową, lecz jeśli złą drogą idzie niższa władza duchowa, przez wyższą od siebie; jeśli zaś najwyższa, przez samego Boga, nie będzie mogła być sądzona przez człowieka, ponieważ Apostoł zaświadcza: «Duchowy człowiek rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony». Ta władza zaś, nawet jeżeli została dana człowiekowi i sprawowana jest przez człowieka, nie jest ludzka, ale raczej Boska, przez usta Boskie dana Piotrowi i jemu samemu, i jego następcom w samym Chrystusie, którego wyznawszy, był mocną opoką, ponieważ Jezus mówi do samego Piotra: «Cokolwiek zwiążesz na ziemi» itd. Ktokolwiek więc przeciwstawia się tej władzy tak przez Boga ustanowionej, «przeciwstawia się porządkowi Bożemu». Toteż oznajmiamy, twierdzimy, określamy i ogłaszamy całemu stworzeniu ludzkiemu, że posłuszeństwo Biskupowi Rzymskiemu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia.” Uff… długi fragment pisany patetycznym średniowiecznym stylem. Jego lektura może nas utwierdzić w przekonaniu, że papieże uważają się za „bogów” na ziemi. To jednak tylko jedna strona medalu, jak wkrótce zresztą zobaczymy.
 
Kościół rzymski założył sam Bóg
 
Melchior Cano, ojciec  metateologii, miał uważać za barbarzyńców tych, którzy w swych pracach nie odwołują się do historii. Jako że o pojmowaniu własnego urzędu przez papieży mogą świadczyć nie tylko ich słowa, ale i czyny, odwołamy się głównie do życia jednego ze średniowiecznych następców świętego Piotra. Cofamy się do prehistorii wydarzeń związanych z Bonifacym VIII: przyjrzymy się Grzegorzowi VII. Któż z nas nie zna słynnej sceny, przywoływanej nawet w podręcznikach świeckiej historii: cesarz Henryk IV korzący się przed Papieżem u bram Canossy. To jednak tylko zwieńczenie uprzednich działań zwierzchnika Kościoła. Był on wcześniej mocno związany z benedyktyńską kongregacją w Cluny – najważniejszym ośrodkiem walki o odnowę duchową Kościoła. Czyny Grzegorza VII jednoznacznie wskazywały na jego ideowe inspiracje. Rozpoczął szereg reform, znanych potem jako reforma gregoriańska. Miały one na celu walkę z najgorszymi przywarami ówczesnego duchowieństwa: symonią (sprzedawaniem za pieniądze rzeczy świętych) i życiem księży w konkubinatach. Reformy te nie zjednały mu sympatii. Niezrażony tym Papież dążył do większej dyscypliny moralnej kleru i niezależności Kościoła od władzy świeckiej. Kolejnym środkiem ku temu miał być zakaz przyjmowania przez duchowieństwo godności z rąk świeckich. Wywołało to już prawdziwy bunt. Papież odpowiedział bardzo stanowczo dokumentem Dictatus Papae. A oto wielce wymowny jego fragment: „Kościół rzymski założył sam Bóg. Tylko papież rzymski zasługuje na to, by nazywano go powszechnym. Wolno mu składać z tronu cesarzy.” Za swoją bezpardonową walkę o niezależność Kościoła Grzegorz VII zapłacił ostatecznie wygnaniem. Stał się jednak wzorem walki o odnowę duchowieństwa, bez względu na cenę.      
 
Ze średniowiecza cofamy się do starożytności. Papież Grzegorz Wielki pochodził ze znakomitej rzymskiej rodziny. Piastował we władzach miasta wysoki urząd. Stwierdził mimo wszystko, że nie odpowiada to jego duchowym potrzebom. Porzucił światowe zaszczyty i rozpoczął życie jako mnich. Świat miał się jednak o niego wkrótce upomnieć… Zachód znajdował się w krytycznej sytuacji. Ziemie wspaniałego niegdyś Imperium Rzymskiego były pustoszone przez hordy barbarzyńców. Oświata upadła. W nielicznych jeszcze ocalałych ośrodkach naukowych starano się raczej zachować dorobek przeszłości, niż prowadzić twórcze badania naukowe. Panował całkowity chaos (wielce wymownym jest to, że o nawróceniu Wizygotów Grzegorz Wielki dowiedział się z kilkuletnim opóźnieniem…). Jednym słowem – ciemne wieki wczesnego średniowiecza. Kościół stanął przed poważnymi wyzwaniami. Większość barbarzyńskich ludów była pogańska lub – co gorsza – ariańska. Nie były one też zbyt chętne, by przyjąć misjonarzy. Dodatkowo na barkach papieskich spoczęły obowiązki o charakterze zewnętrznym: odbudowa oświaty i administracji, które w ciągu szóstego stulecia uległy znacznemu rozkładowi. Cesarstwo na Zachodzie już nie istniało, a Bizancjum było zbyt słabe. Kościół, jedyna instytucja, która ocalała z zawieruchy wędrówki ludów, musiał wziąć w swe ręce ster władzy świeckiej. W ten sposób powstało coś, co określa się jako cywilizację chrześcijańską, jako słynne średniowieczne christianitas. Wykonawcą tego wielkiego dzieła miał być Grzegorz, w zasadzie niespecjalnie rad z opuszczenia swej mnisiej celi. (Daje temu wyraz w cytowanym niżej fragmencie homilii). Jako Papież,  posiadał wielką władzę zarówno duchową, jak i świecką. Rządził Rzymem po ucieczce cesarskich urzędników. Na jego barkach spoczywał obowiązek obrony miasta przed barbarzyńcami. A jednak sam nazywał siebie tylko „sługą sług Bożych”. Oto, co mówił o swoim urzędzie: „Stróż stoi zawsze na miejscu wysokim, aby z daleka widzieć, czy ktoś nie nadchodzi. Każdy więc, kto został ustanowiony stróżem ludu, powinien stać wysoko pod względem prawości życia, aby innym mógł służyć przestrogą. Jakże surowo brzmią dla mnie słowa, które wypowiadam. Takim mówieniem siebie samego ranię, albowiem nie głoszę, jak należy, ani też choć głoszę, jak umiem, życie nie idzie za słowami. Nie przeczę, winien jestem. Widzę moją ospałość i niedbalstwo. Odkąd wziąłem na siebie brzemię troski pasterskiej, rozrywany różnymi sprawami, nie umiem skupić się należycie. Muszę zajmować się sprawami kościołów, to znów klasztorów, nierzadko obowiązany jestem oceniać życie i czyny poszczególnych osób, czasem podejmować się zadań publicznych, kiedy indziej cierpieć z powodu krwawych najazdów barbarzyńców bądź też obawiać się wilków zagrażających powierzonej mi owczarni.” Jakaż zmiana nastawienia. Słyszymy słowa człowieka lękającego się ciężaru papieskiego urzędu. Potomni stwierdzili jednak, że ze swych obowiązków wywiązał się znakomicie.
 
Nauczanie nieomylne?
 
Kłusowaliśmy po wiekach bardzo od nas odległych. Cóż powiedzą nam następcy Chrystusa, żyjący (z punktu widzenia dwóch tysięcy lat historii Kościoła) nie tak dawno? Chyba najbardziej odpowiednią osobą będzie Pius XII, Papież II wojny światowej. Tutaj również będzie konieczne podanie kilku historycznych uściśleń. Ważnym wydarzeniem dla katolickiej teologii, a zwłaszcza nauki o prymacie Piotrowym, był Sobór Watykański I. Zdefiniował on jedną z najbardziej kontrowersyjnych prawd wiary: dogmat o papieskiej nieomylności, który wywołał falę krytyki zarówno ze strony kościołów odłączonych, jak i wewnątrz katolików. (Niektórzy nawet nie uznali tego dogmatu, dając początek starokatolikom). Nauczanie papieskie jest najbardziej interesującą nas formą wykonywania swej funkcji przez Magisterium Kościoła, ale istnieją również inne. W sposób autorytatywny wypowiadać może się także sobór i biskupi, rozproszeni po świecie, pozostający jednak w komunii wiary z Kościołem rzymskim. Okazuje się, że nawet w tych wypadkach papież odgrywa dużą rolę. Żeby jeszcze dopełnić miary zamieszania, trzeba powiedzieć, że także wypowiedzi samego następcy świętego Piotra nie są sobie równe. Dzielą się na wypowiedzi „ex cathedra” i nauczanie zwyczajne. Tym pierwszym przysługuje znamię nieomylności. Warunki „excathedralności” określił wspomniany już Sobór Watykański I. Papież musi wystąpić jako nauczyciel i pasterz wszystkich chrześcijan, mocą swego najwyższego autorytetu, żądając posłuszeństwa ze strony wiernych, wypowiadając się w sprawach wiary lub moralności. Nauczanie zwyczajne nie musi być nieomylne, jakkolwiek należy mu się wielki szacunek. Tyle szerszego kontekstu. 

Powierzony przez Chrystusa depozyt wiary
 
Dlaczego jednak Pius XII przywołuje to, co sobór ogłosił już 80 lat wcześniej? Teologowie oddający wielką przysługę ludowi Bożemu, dzięki wnikaniu w tajemnice objawione, mają również paskudne przyzwyczajenia. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał przeprowadzać rewolucje w wierze. Ponadto ten ktoś prawie na pewno będzie wiedział „lepiej” niż Urząd Nauczycielski Kościoła. Wtedy musi wkroczyć na scenę magisterium, broniąc swych praw, a co najważniejsze – wiary katolickiej. Takie napięcia między teologami a Urzędem Nauczycielskim Kościoła są czymś typowym i często pojawiającym się na arenie dziejów. Wynikają z różnicy posług: magisterium strzeże wiary, a teolog stara się ją zgłębić i dać jej nowy wyraz, adekwatny do czasów sobie współczesnych. Jeśli mistrz „nauki świętej” cechuje się nie tylko intelektualną biegłością w sprawach wiary, ale również gorącą miłością do Kościoła, może się przysłużyć rozwojowi świadomości Objawienia. Niestety, nie zawsze tak jest. Pogoń za oryginalnością, jak również zaczerpnięta z dyscyplin nieteologicznych, źle pojmowana wolność badań naukowych, mogą być zagrożeniem dla Kościoła. Są okresy, kiedy takie tendencje się nasilają. Na początku XX wieku Kościół przeżył poważną próbę związaną z tak zwanym modernizmem. Był to zespół prądów myślowych głoszących skrajną subiektywność wiary, jej redukowalność do uczucia oraz odrzucenie powagi świętego magisterium. Z modernistami rozprawiono się z całą stanowczością. Tendencje ogólne jednak ocalały i dały o sobie znać po II wojnie światowej. Wtedy właśnie Pius XII, zaniepokojony obrotem spraw, przypomniał nauczanie ostatniego soboru. Nie jest to jednak oznaka jakichś ciasnych horyzontów Papieża. Wszak jego głównym zadaniem jest obrona integralności wiary. Tym bardziej, że Pius XII był myślicielem bardzo postępowym: postrzegał Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa, miał odpowiednią koncepcję liturgii, wprowadził nową metodę egzegezy, prezentował mniej niechętną postawę wobec teorii ewolucji… To wszystko jego dzieła, o naprawdę rewolucyjnym charakterze. Stworzył je dzięki wsłuchiwaniu się w tych, których upominał. Później uporządkowany teologiczny zamęt posłuży budowie nauczania Soboru Watykańskiego II. Posłuchajmy wreszcie, jak ten wielki teolog wypowiada się o swej nauczycielskiej powadze: „Święty ten Urząd Nauczycielski w dziedzinie wiary i obyczajów dla każdego teologa powinien być najbliższą i powszechną regułą prawdy – jemu bowiem powierzył Chrystus cały depozyt wiary, tj. Pismo Święte i Bożą tradycję, by tego depozytu strzegł, bronił i interpretował – to jednak niekiedy bywa tak ignorowany, jak gdyby w ogóle nie istniał ciążący na wszystkich wiernych obowiązek unikania także i tych błędów, które mniej lub więcej zbliżają się do herezji, i konsekwentnego zachowywania konstytucji i dekretów, którymi Stolica Święta poglądy te piętnuje i ich zakazuje.” Słyszymy znowu patetyczny ton. Pius XII nie chce już jednak sądzić wszelkiej doczesnej władzy, jak Bonifacy VIII. Pragnie jedynie posłuchu dla swego nauczania.

Na zakończenie wypowiedź aktualna nawet w skali życia zwykłego śmiertelnika. Okazuje się, że tak słynący z łamania schematów Papież Franciszek może uchodzić za dziedzica tradycji, której świadkiem był Grzegorz Wielki. Tak pisze w Ewangelii Gaudium: „Ponieważ jestem wezwany, by żyć tym, o co proszę innych, muszę również myśleć o nawróceniu papiestwa. Jako Biskup Rzymu, winienem pozostać otwarty na sugestie dotyczące sprawowania mojej posługi, aby uczynić ją bardziej wierną znaczeniu, jakie Jezus Chrystus chciał jej nadać, oraz aktualnym potrzebom ewangelizacji. Papież Jan Paweł II poprosił o pomoc w znalezieniu «takiej formy sprawowania prymatu, która nie odrzucając bynajmniej istotnych elementów tej misji, byłaby otwarta na nową sytuację». Niewiele poczyniliśmy w tym kierunku. Także papiestwo oraz centralne struktury Kościoła powszechnego muszą wsłuchiwać się w wezwanie do nawrócenia duszpasterskiego.”
 
Pięć wypowiedzi to niedużo na ponad dwustu papieży. Jak jednak mówi scholastyczna zasada, argumenty się waży, nie liczy. Ukazują nam one głębię problemu. Nie jest łatwo osądzić papieża, jakkolwiek niektórzy mogą uważać inaczej. Papież to człowiek słaby, jak każdy inny, ale otrzymał on niezwykłe zadanie: wziąć na swe barki brzemię zbawczego orędzia samego Boga, przekazywanego od wieków w Kościele. To jest sens papieskiego życia. Te wypowiedzi… Tak rozbieżne… A może żądanie posłuszeństwa Bonifacego VIII, surowość Grzegorza VII, obrona swego nauczycielskiego urzędu przez Piusa XII oraz lęk Grzegorza Wielkiego i papieża Franciszka wypływają z jednej miłości Boga?
  
Piotr Misztal, alumn III WSD w Kielcach
Obecni 2/2014 (29)
 
fot. Raffaele Esposito A ride in the popemobile Pope Francis during his visit to Naples, Italy 
Flickr (cc)
 
 



Pełna wersja katolik.pl