logo
Piątek, 15 listopada 2019 r.
imieniny:
Amielii, Idalii, Leopolda, Alberta – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
ks. Dariusz Larus
Panie, moje serce się nie pyszni (Ps 131)
Mateusz.pl
fot. Kyle Johnson | Unsplash (cc)


Oto ja,
podnieś mnie
z upadku niedoskonałości
z lęku serca
z troski istnienia
z winy bez winy
z drogi krętej kłamstwa
z bólu tęsknoty
z modlitwy klepanej
z niedbalstwa
ze zmowy milczenia na zło
z wiary kruchej porcelanowej
z obmowy niezdrowej
z obawy samotności w potrzebie
z pychy wyniosłej
z miłości zazdrosnej
z trwogi cierpienia
z własnego egoizmu

podnieś spod ciężkiego głazu grzechu
spuść kroplę miłosierdzia Twego
i powiedz, że ja grzesznik
mogę się dostać do nieba.

 

S. Krzysztofa Kopińska CSFB
22 sierpnia a.D. 2001


„Tym, którzy ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili Jezus opowiedział tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie grzesznika! Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18, 9-14).

 

Przypowieść, od której rozpocząłem, ukazuje dwóch grzeszków. Zarówno jeden, jak i drugi potrzebują Bożego miłosierdzia i Bożego przebaczenia. To, co ich różni, to sposób przeżywania własnej grzeszności. Obaj stają na modlitwie. Ale…, co warto podkreślić – jakże różnej modlitwie.

 

Modlitwa faryzeusza, mimo, iż jest skierowana do Boga, to jednak nie koncentruje się na Bogu, a na modlącym się. Faryzeusz dziękuje Bogu za to, że nie jest taki jak celnik, którego uważa za grzesznika, podczas gdy sam postrzega siebie jako człowieka sprawiedliwego. Celnik, przeciwnie, uniża się przed Bogiem i modli się prostymi słowami: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”.

 

Czy modlitwa celnika, nie jest modlitwą podobną do tej, którą zanosimy do Boga, kiedy modlimy się słowami Koronki: „Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata”? Pozostaje jedynie do wyjaśnienia nasze wewnętrzne nastawienie? Czy rzeczywiście proszę Boga o Jego miłosierdzie dla siebie, bo faktycznie najbardziej ja Go potrzebuję, czy tylko, albo przede wszystkim zabiegam o Boże zmiłowanie dla innych, bo to oni, ci inni, a nie ja, są najbardziej zdeprawowani i najbardziej od Boga oddaleni?

 

Modlitwa faryzeusza

 

Faryzeusz „wykorzystuje” modlitwę dla porównywania się z innymi i udowadniania nade wszystko samemu sobie, że jest lepszy od innych, ot, choćby od tego, stojącego daleko celnika. Zajęty porównywaniem się z innymi i wyliczaniem własnych zasług, nie jest w stanie i nie może dostrzec prawdziwego oblicza Boga, przed którym stoi. Modli się, ale nie zna i nie rozumie Tego, do Którego przemawia. Mało tego, nie zna także samego siebie, gdyż nie dostrzega własnej obłudy i że, mimo, iż staje przed Bogiem i modli się, to jednak sercem swym daleko jest od Niego. Nie widzi, że nie ma w sobie ani ducha Bożego ani też Bożej mentalności.

 

Można być świadomym własnych talentów, uzdolnień, własnej uczciwości, rzetelności, czy sprawiedliwości, można wyliczać swoje dobre i mocne strony po to jedynie, by umacniać się w przekonaniu o własnej samowystarczalności, że jest się lepszym i silniejszym od innych, że nie jest się „piątym kołem u wozu”, a wręcz przeciwnie, że jest się właśnie, tym głównym kołem – kołem napędowym. Można budować swój obraz siebie kosztem innych i dzięki innym przez fakt nieustannego porównywania się z innymi i poniżania innych. Można ciągle i bez przerwy innym kłody kłaść pod nogi, byleby tylko ktoś mi mojej pozycji i prestiżu nie odebrał. Niby taki silny, a jednak słaby. Słaby, bo w permanentnym lęku żyjący, że ktoś coś mojego, tylko mojego i wyłącznie mojego może mi odebrać. I wówczas nie ma szans, by człowiek człowiekowi był bratem. Zamiast bratem, człowiek człowiekowi jest wilkiem i za takiego będzie uważany i w taki sposób, a nie inny, będzie postrzegany.

 

Być „człowiekiem modlitwy” 

 

Z przytoczonej na początku tego rozważania przypowieści można wysnuć wniosek, że można być „człowiekiem modlitwy” (tylko pytanie, jaki z tego gościa człowiek modlitwy?) i jednocześnie człowiekiem, który innych ma za nic, prawie za nic lub w ogóle ma ich „gdzieś…”. Inni mogą być potrzebni i niekiedy są potrzebni, po to tylko, by móc samego siebie, kosztem innych i dzięki innym wypromować. Św. Paweł w Liście do Filipian napisał: „dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku, nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich!” (Flp 2, 2-4). Bo „kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada”.

 

Celnik faryzeuszowi po to między innymi był potrzebny, by miał on punkt odniesienia dla własnej pychy i własnego poczucia bycia sprawiedliwym i pobożnym. Można w pierwszych ławkach w kościele zasiadać, a nadto i przy ołtarzu stawać, by Najświętszą Ofiarę Mszy Świętej sprawować, a jednocześnie oprócz własnego, egoistycznego zapatrzenia w siebie, nie mieć szacunku i miłości do nikogo lub prawie nikogo oprócz egoistycznej i samolubnej miłości do siebie. Można innych osądzać, oceniać, innym – za przeproszeniem! – „tyłek rąbać”, u innych wady, grzechy i całe możliwe zło dostrzegać, byleby tylko uwagę od siebie odsuwać i samemu, samym sobą się nie zająć. Wygodniejsze i niewątpliwie bezpieczniejsze jest to od stawania z całą „nagą prawdą” o sobie samym przed sobą i przed Bogiem.

 

Z drugiej strony patrząc, można aż nadto zamiast dobra, tylko zło u siebie dostrzegać, siebie za wszystko winić, u siebie doszukiwać się winy za wszystko, co się złego w nas i wokół nas dzieje. Innych wybielać, by siebie za wszystko ukarać. Można, zaniżony obraz samego siebie w sobie ukształtować i w sobie go pielęgnować, przyzwyczaić się do niego i za nic nie chcieć go puścić (a nawet, jeśli się chce, to i tak przychodzi to z ogromnym trudem). Podobnie jak można nosić w sobie zawyżony obraz siebie, nierzeczywisty i często z pychy wynikający, tak również można nosić w sobie podobnie nierzeczywisty, ale tym razem zaniżony obraz siebie wynikający bądź to z fałszywej pokory, bądź z wcześniejszych rozmaitych doświadczeń, poprzez które i dzięki którym, inni nas do niego przekonali i w nim uformowali. Nikt z nas nie jest (jak to we wcześniejszym rozważaniu pisałem) ani beznadziejny, ani głupi, ani do niczego.

 

Chcąc poznać Boga, potrzeba nam poznać siebie

 

Bóg stworzył nas przecież jako swe arcydzieło, na Swój obraz nas stworzył. Stworzył mężczyznę i niewiastę. Nie stworzył nas wprawdzie bogami a ludźmi, ale ubogacił nas Sobą. Będąc ludźmi a nie bogami jesteśmy i zawsze będziemy tylko lub aż istotami ograniczonymi, a nie wszechmocnymi. Istotami mylącymi się i popełniającymi błędy. I mamy do tego prawo. Jesteśmy ograniczeni a nie wszystko mogący. Mamy swoje, sobie właściwe granice. Mamy różne możliwości i niemożliwości i nie szanując ich ani też ich nie uznając, popełniamy grzech upadłego anioła, którego pragnieniem było właśnie bycie jak Bóg, czyli bycie nie sobą.

 

Chcąc poznać Boga, potrzeba nam poznać siebie, własne możliwości i niemożliwości, by móc w bardziej kompetentny sposób rozeznać nasze powołania i to, do czego Bóg nas wzywa i zaprasza. Jeśli do czegoś powołuje, to jednocześnie uzdalnia i daje możliwości do realizacji owych zadań. Znajomość siebie i odkrywanie prawdy o sobie, tego, jakimi jesteśmy, uzdalnia do okrywania odwiecznego zamysłu Boga, jaki ma względem nas.

Brak talentu jest i może być także talentem. Uświadamia, że nikt z nas nie jest samowystarczalny. Że nikt nie jest „Zosią samosią”. Że potrzebujemy siebie nawzajem, ale nie dla zabójczej rywalizacji i dążenia „po trupach do celu”, ale dla zdrowego i jak najbardziej potrzebnego współzawodnictwa. „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili i wy im czyńcie!” (Mt 7, 12).

 

Pycha, która jest korzeniem i źródłem wszelkiego grzechu staje w opozycji do pokory, korzenia i źródła wszelkiej łaski i Bożego błogosławieństwa. Jak pycha prowadzi do nakładania masek, do życia w fałszywym świetle, do grania często kogoś, kim się nie jest, po to tylko, by nie ujawnić własnej niemocy; jak prowadzi do wywyższania się nad innych, do nie uznawania własnych granic i słabości z ludzkiej natury przecież wynikających, do ufania tylko sobie i własnym zdolnościom, do „bycia na świeczniku”, do ustawicznego pokazywania się i prezentowania siebie, by jak największą chwałę i poklask zyskać, tak pokora – przeciwieństwo pychy – jest tą, która wyzwala człowieka z obciążenia i stresu wynikającego z ciągłego „bycia na scenie”, prowadzi do życia w prawdzie i nie tyle do porównywania się z innymi, czy wyszukiwania zła i nieprawości u innych, ale bardziej do poznawania siebie i do uniżenia przed Bogiem.

 

Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie!

 

Spoglądanie w siebie, odkrywanie własnego grzechu i niemocy nie ma się dokonywać w oderwaniu od Boga i niezależnie od Niego, ale właśnie z Nim i u Jego boku. To On, a nie człowiek, w pełni i najbardziej przywraca nam świadomość naszej godności i naszego piękna. To On jako jedyny nie gorszy się człowiekiem i nie poniża go. To On podnosi nas i do Swego policzka tuli, schyla się ku nam i karmi nas (por. Oz 11, 4). To On „wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy Maryi” (Łk 1, 48). To On „rozprasza ludzi pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia” (Łk 1, 51-53).

Św. Piotr zaprasza stwierdzając: „Wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje. Upokorzcie się więc pod mocną ręką Boga, aby was wywyższył w stosownej chwili. Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was. Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć (…) Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (1P 5, 5-11).

 

ks. Dariusz Larus
mateusz.pl

 
 



Pełna wersja katolik.pl