logo
Sobota, 19 czerwca 2021 r.
imieniny:
Gerwazego, Protazego, Sylwii, Romualda – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Wojciech Czywczyński OFMCap
Nie dziwi mnie bunt młodych
Głos Ojca Pio
fot. Thought Catalog | Unsplash (cc)


Z ks. Andrzejem Muszalą, kapłanem archidiecezji krakowskiej, doktorem habilitowanym nauk teologicznych, profesorem Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, bioetykiem, duszpasterzem akademickim, założycielem i opiekunem Wspólnoty Pustelnia, rozmawia br. Wojciech Czywczyński OFMCap.

 

Kilka lat temu Światowe Dni Młodzieży w Krakowie były wielkim, także duszpasterskim, sukcesem. Dziś ze zmartwieniem obserwujemy podejście młodych ludzi do wiary i Kościoła. Czy warto walczyć o tamten entuzjazm wiary, czy też powinniśmy iść w zupełnie innym kierunku?


Światowych Dni Młodzieży, które mamy za sobą, nie nazwałbym wielkim sukcesem. Była to ostatnia szansa utrzymania młodych ludzi, ale Kościół jej nie wykorzystał. Przy kościele św. Marka w Krakowie funkcjonował wtedy „Kościół ciszy”. Byłem za tę inicjatywę odpowiedzialny; posługiwało przy niej około pięćdziesięciu wolontariuszy,. Codziennie było wystawienie Najświętszego Sakramentu, sprowadziliśmy też relikwie św. Teresy z Lisieux. Kościół był pełny i czynny do drugiej godziny w nocy – najdłużej w Krakowie. Przychodzili Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Włosi... Tylko grupa polska pojawiała się od czasu do czasu.

 

Pewnego dnia byłem świadkiem dziwnej sytuacji: na chodniku przed drzwiami do kościoła leżał – w niezbyt eleganckiej pozycji – jeden z polskich kapłanów. Poprosiłem go, by wstał, ponieważ tarasuje wejście, a poza tym nie wypada, by tak leżał. Spytałem go, czy nie chciałby wejść do środka, na co on odpowiedział: „Nie... Puściłem młodych do kościoła i tutaj na nich czekam”.

 

Tego typu zachowań było więcej. Powiedzmy sobie szczerze, sprawa została wtedy przegrana. Księża miejscowi opuszczali Kraków przed przyjazdem Franciszka, kontestowali jego osobę i nauczanie, podczas gdy powinni byli pozostać i służyć młodym. Tylko jakaś grupa kapłanów zachowała się właściwie i zaangażowała się w to dzieło.

 

Powiedział Ksiądz, że ŚDM były ostatnią szansą dla Kościoła w Polsce, by zająć się młodzieżą. Zdaniem Księdza on tę szansę przegapił. Czy można było temu zapobiec?


Straciliśmy tak naprawdę ponad dwadzieścia pięć lat – od Okrągłego Stołu do ŚDM. Zamiast coraz lepiej zająć się młodymi ludźmi, budowaliśmy sanktuaria, które, olbrzymie i puste, zaraz zaczną się sypać, bo pandemia storpedowała pielgrzymki. To niepojęte – inwestowaliśmy ogromne pieniądze i energię w mury i kamienie, zamiast w ludzi. Zaprzepaściliśmy czas wolności! Nie potrafiliśmy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, bo dotąd zawsze z kimś walczyliśmy. A od pewnego momentu nie chodziło już o to, by z kimś walczyć, tylko przejść na płaszczyznę pozytywnej formacji duchowej. Powinniśmy byli wkroczyć z Ewangelią, Dobrą Nowiną.

 

Zostałem wyświęcony w 1990 roku. Rok później odbyły się ŚDM w Częstochowie z Janem Pawłem II. Przyszedłem na nie z pieszą pielgrzymką młodzieży. To był świetny moment. Na tym trzeba było budować. I zaczęło się: śpiewaliśmy słynne „Abba, Ojcze”, powstały inicjatywy ojca Jana Góry.

 

Ojciec Jan Góra był swego rodzaju prorokiem, najpierw wymyślił Jamną, później Lednicę i trzeba przyznać, że sprawdził się w dużych akcjach. Jednak trzeba było to wszystko obudować formacją. W Jamnej pierwszy raz byłem w 1994 roku na rekolekcjach duszpasterzy studentów. Zebrało się nas tam trzydziestu księży. Spaliśmy w warunkach polowych, ale wtedy ubóstwo i prostota były normalne. Po tych rekolekcjach doszedłem do wniosku, że należy młodych uczyć modlitwy – trzeba stworzyć pustelnię. Chciałem ich zafascynować Ewangelią i skłonić, by modlili się codziennie, np. pół godziny w ciszy. Ludzi, którzy się na to decydowali, może nie było dużo, ale są do dziś. I wciąż pojawiają się nowi.

 

Nadszedł czas, by zamiast budowania świątyń, zacząć pracę z człowiekiem. Nadszedł czas tworzenia małych wspólnot.

 

Co trzeba zrobić, by takie wspólnoty zaczęły powstawać?


Najważniejsze zadanie to metanoia księży – zmiana myślenia! Koniec tłumów, koniec wielkich akcji. Teraz można (oczywiście, jeśli ustąpi pandemia), tak jak Karol Wojtyła, zabrać kilku, kilkunastu młodych ludzi na kajaki albo wyjść z nimi na szlak bieszczadzki. Młodzi chętnie w czymś takim wezmą udział. Nie trzeba organizować dla nich rekolekcji w domu zakonnym, gdzie mają zapewniony komfortowy nocleg i wyżywienie, bo oni wolą przygodę. Najważniejsze, by był z nimi ksiądz, który uczyłby ich właściwej relacji z Bogiem i praw życia duchowego.

 

Papież Franciszek zauważył, że dziś młody człowiek często nie rusza się z kanapy, ponieważ dzięki telefonowi komórkowemu wyposażonemu w Internet ma dostęp do całego świata. Jak sprawić, by te nawyki zamienił w naukę modlitwy? Poświęcenie na modlitwę trzydziestu minut może być dla niego za trudne.


Nie jest to zadanie łatwe, ale nie niemożliwe. Jeśli mogę coś od siebie powiedzieć, prowadzę około pięćdziesięcioosobową grupę, w której każdy z uczestników modli się przynajmniej pół godziny w ciszy; każdy ze wspólnoty się na to deklaruje. Na ogół ci młodzi ludzie (formację zaczynają w przedziale od 19 do 35 roku życia) modlą się rano, zanim wyjdą do pracy lub na uczelnię. Nie chodzi tu o odmawianie pacierza, ale o otwarcie Pisma Świętego, rozważenie jakiegoś fragmentu, a na koniec akt wiary – całkowite oddanie się Bogu; jest to tzw. modlitwa wewnętrzna. Najważniejsze, by doświadczyć smaku nadprzyrodzoności – Innego Świata, który nie jest nudny. Poznać jego bogactwo, przy którym najlepsze komputery tracą swoją atrakcyjność.

 

Doświadczenie świata nadprzyrodzonego to nie coś, co nas czeka dopiero po śmierci, ale jest dostępne w każdej chwili. Trzeba tylko wejść w ten niebiański świat i jednoczyć się z Jezusem. Bliskość Boga zachwyca!

 

Czasem mamy Msze święte w terenie, w prostych warunkach, tak jak Karol Wojtyła. Wtedy ludzie potrafią się zachwycić Bożą bliskością. W kościołach jest za dużo sztucznych barier, wotów i ozdób, które Boga zasłaniają. Młodzi nie odnajdują się w tych wszystkich organach, złoceniach, barokowych rzeźbach i obrazach...

 

Należy zatem docenić raczej proste środki...


Pierwsze oazy w 1975 roku odbywały się w stodołach, młynach i do dziś ludzie je wspominają. Obecnie niemało osób płaci duże pieniądze za możliwość przeżycia survivalu. Chcą iść na ekstremalną drogę krzyżową... Jesteśmy pielgrzymami, instynktownie bronimy się przed zamknięciem w czterech ścianach tylko przed ekranem komputera.

Nie jestem zwolennikiem survivalu ani ekstremalnych wyczynów parareligijnych, czasem robi się z tego jakąś „duchową kulturystykę”. Jestem za to przekonany do prostych środków. Naprawdę nie trzeba dużo, wystarczy z ludźmi być: zabierać ich na spływy kajakowe, wycieczki rowerowe, górskie wędrówki. Nie należy się zrażać tym, że na początku będzie uczestniczyło w nich zaledwie pięć osób.

 

Przejdźmy do naszego „tu i teraz”. Mamy pandemię, w której Kościół próbuje się odnaleźć. Czy obecne internetowe zaangażowanie Kościoła (np. rekolekcje, konferencje) faktycznie pomaga ludziom? Może „wirtualne duszpasterstwo” daje jedynie pozorne efekty?

 

Nie są to złe środki pod warunkiem, że księża zachowają umiar i nie będą zachowywać się jak gwiazdy medialne, zliczać lajków ani rozsyłać wszędzie swoich reklam. Ewangelia przebije się sama. Chodzi o to, by nie zasłaniać Jezusa.

 

W Internecie są też dobre miejsca, w których można znaleźć wartościowe treści. Na przykład w serwisie YouTube dominikanie z Waszyngtonu w ramach Thomistic Institute za pomocą kilkunastominutowych filmików wyjaśniają rozumienie prostych terminów, jak np. „roztropność” czy „męstwo” przez Tomasza z Akwinu.

 

... i młodych ludzi interesuje roztropność według Tomasza z Akwinu?


Właśnie podczas pandemii nastąpił ogromny skok popularności publikowanych przez ten portal treści. Ludzie mają już dość „papki”, swoistego „Alleluja, Jezus jest tu”. Oni szukają konkretów. I w tym portalu je znajdują, bo Tomasz z Akwinu to przecież czysta Ewangelia. Dominikanie z Waszyngtonu nie robią swoich materiałów „pod publikę”, ale przekazują solidne wartości. Do tego prezentowane kwestie tłumaczą prostym językiem, który trafia do większości odbiorców. W tym wypadku sprawdza się teoria, że słowo Boże ma swoje drogi i nie warto dbać o jego reklamę.

 

Jednak dziś do kancelarii parafialnej przychodzi młody człowiek, który decyduje o sobie, i chce się wypisać z Kościoła katolickiego. Przecież nie zaprosimy go w tym momencie do małej wspólnoty, skoro jego intencje są skierowane w zupełnie inną stronę...

 

Taka wizyta w kancelarii, nawet z tak dramatyczną decyzją, może być paradoksalnie momentem powrotu do Kościoła tego młodego człowieka. Do tej pory bowiem pozostawał on z dala od Kościoła, być może dał się „nabuzować” przez niektóre media i dlatego przyszedł dokonać apostazji. A przecież w kancelarii może spotkać przyjaciela, który mu powie: „Nie wypisujmy się dzisiaj, zrobimy to za dziewięć dni. To zbyt ważna decyzja. Zróbmy tak, że codziennie o dziewiątej wieczorem będziemy się modlić. Każdy w swoim domu. Najpierw będziemy czytać Pismo Święte przez dziesięć minut. Ty i ja”. Czasem brakuje właśnie takiej rozmowy, w której przyjaciel proponuje rozeznanie przez modlitwę, a nie wypowiada ocenę w stylu: „Co Ty, zwariowałeś?!”.

 

Nieraz miałem takie sytuacje, że nie wiedziałem, co powiedzieć. Zawsze wtedy proponowałem wspólną modlitwę przez dziewięć dni. I muszę przyznać, że Duch Święty działa w takich sytuacjach. Nie musimy od razu człowieka wypisywać, tylko należy pokazać mu ludzkie oblicze Kościoła. Nie trzeba młodego człowieka zachęcać do wstąpienia do małej grupy. Niech on w księdzu znajdzie przyjaciela.

 

Czyli zawsze kierunek zmian prowadzi od duchowieństwa...


...Musimy zbliżyć się do wiernych. Nie powinniśmy osądzać ludzi: „Przyszedł bezbożnik się wypisać, to go wypisałem!”, ciesząc się z tego, jacy prawowierni jesteśmy. Musimy zejść z piedestału i mówić normalnym językiem. Jezus zszedł na nasz poziom, a nawet stał się sługą, my zaś pielęgnujemy sztuczny dystans, który najbardziej odpycha od Kościoła.

 

Papież Franciszek podczas pierwszego swojego wywiadu na pytanie, kim jest Bergoglio, odpowiedział: „Jestem grzesznikiem, na którego spojrzał Pan”. Od tego zacznijmy. Gdyby kapłan przed rozpoczęciem kazania zrobił taki wstęp: „Słuchajcie, jestem grzesznikiem. Nie powinienem stać na tej ambonie. Wy macie chyba większe doświadczenie Boga niż ja, bo musicie się troszczyć o swoje rodziny. Ja nie znam tego krzyża. Może ktoś z Was powinien zamiast mnie przemawiać... Ale skoro jestem księdzem, postaram się podzielić z Wami swoim rozumieniem Ewangelii”. Zszokowałby nim uczestniczących w Mszy wiernych. Czy po usłyszeniu takiego wyznania młodzi nadal chcieliby wypisać się ze wspólnoty Kościoła?

 

Stawia Ksiądz spore wymagania współbraciom w kapłaństwie...


Zrozummy, że świeccy i duchowni są na tym samym poziomie. Powołanie kapłańskie powinno mobilizować do jeszcze większej służby. Nie chodzi o teorię, ale o praktykę: by czytać, modlić się, być pokornymi wobec świeckich i przekazywać im bogactwo duchowe. Nie zawsze jednak tak właśnie robimy, dlatego ja świeckich nie winię.

 

Ich bunt i atak na Kościół to znak, że ludzie mają już dość status quo. Drażni ich zwłaszcza nauczanie z wysokości piedestału – jakbyśmy byli bardziej święci. A przecież na jaw wychodzą różne skandale, które nie świadczą najlepiej o duchowieństwie. Dlatego nie dziwi mnie bunt młodych i bynajmniej ich nie potępiam.

 

Moim zdaniem ludzie młodzi są super! Nawet jeśli widzi się ich często przy komputerach czy z telefonami w ręku, to jednak oni wciąż czegoś szukają. Nawet chęć wypisania się z Kościoła świadczy o ich radykalizmie. Pokazują w ten sposób, że nie zgadzają się na tę formę Kościoła, która się zastała. Nie znaczy to jednak, że są niewierzący. Myślę, że nadal się modlą i w pewien sposób przeżywają swoją wiarę, tylko nie chcą mieć z takim – zastałym w swej formie – Kościołem nic wspólnego.

 

Czego konkretnie potrzebują młodzi?


Część młodych szuka dobrej duchowości i pomocy w nauce modlitwy. Podam przykład. Gdy w latach 90. byłem duszpasterzem w Prokocimiu, studenci chętnie uczestniczyli w Mszach świętych i rekolekcjach, a także przyjmowali w akademikach księdza po kolędzie. Czasem w prywatnych rozmowach z nimi pojawiał się temat rodzinnej parafii i proboszczów w niej pracujących. Młodzi czasem mówili, że mają wspaniałego księdza proboszcza. Cieszyło mnie to, więc dopytywałem, co on takiego zrobił, że zasłużył sobie na pochlebną opinię. Zazwyczaj otrzymywałem odpowiedzi typu: „odremontował kościół, odmalował freski, ogrodził cmentarz, postawił kaplicę cmentarną”... Wtedy ogarniał mnie smutek, ponieważ nigdy nie usłyszałem: „nauczył mnie modlitwy, pokazał, jak rozważać Pismo Święte”.

 

Młodzi ludzie potrzebują duchowości, a także dobrego przekazu teologicznego, dlatego kapłan musi być kompetentny, powinien być specjalistą od Innego Świata! Powinien umieć pokazać ludziom, jak poruszać się w nim, jak się modlić, jak czytać Pismo Święte. Jeśli tego nie robi i nie zna się na Bogu, nie trafi ze swoim przekazem do człowieka. Młodzi chcą iść do Boga, tylko często brakuje im przyjaciela duchowego, który by im w tym pomógł.

 

Reforma Kościoła musi się zatem zacząć od duchowieństwa?


Tak, pierwsza zmiana powinna dokonać się w nas! My, duchowni, powinniśmy wrócić do kontemplacji. Nie ma reformy Kościoła bez powrotu do osobistego kontaktu z Bogiem. Widzę wiele propozycji zmian w Kościele, ale prawie w ogóle nie ma w nich postulatów, które by dotykały tego problemu. Sprawa dotyczy każdego duchownego – tak diecezjalnego, jak i zakonnego. Jeśli od tego zaczniemy, inne kwestie same zaczną się prostować. Dlatego nasza przemiana jest najważniejsza.

 

Rozmawiał br. Wojciech Czywczyński OFMCap
Głos Ojca Pio 129/3/2021

 
 



Pełna wersja katolik.pl