logo
Poniedziałek, 09 grudnia 2019 r.
imieniny:
Anety, Leokadii, Wiesława, Walerii, Piotra – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Elżbieta Kowalewska
Moja droga do wiary
Apologetyka


 
 Wychowałam się w rodzinie ateistycznej. Rodzice mówili, że nie wierzą w Boga i dlatego nie chodzę na lekcje religii jak inne dzieci. Gdy w podstawówce moja klasa przeżywała I Komunię, ja także dostałam zegarek jak inne dzieci – na imieniny. Rodzice ubierali choinkę w czasie świąt Bożego Narodzenia i malowaliśmy jajka na Wielkanoc. W moim odczuciu nie różniłam się od innych dzieci. Ale poglądy rodziców na sprawy wiary nie pozostały bez śladu. Uważałam wierzących za nieszkodliwych dziwaków lub prostych ludzi bez wykształcenia. Zwłaszcza że jedyną znaną mi osobą, która regularnie się modliła, była Babcia, która ledwie umiała się podpisać.
 
Dopiero później zaczęło się poszukiwanie sensu życia i uzasadnienia, dlaczego trzeba być dobrym. Od szóstego roku życia działałam w ZHP. Było to środowisko sprzyjające pracy nad sobą i kształtowaniu charakteru. Bardzo się zaangażowałam i pełniłam rozmaite funkcje. Ludzie, których szanowałam i chciałam naśladować, byli moimi przełożonymi.
 
Ale… pierwszy raz alkohol dostałam na obozie harcerskim, na wieczornym ognisku dla instruktorów, choć po południu tłumaczyliśmy harcerzom punkt Prawa Harcerskiego o niespożywaniu alkoholu. Wstrząsnęła mną taka obłuda. Gdy zobaczyłam jedną z podziwianych przeze mnie osób pijaną – czar prysł. Sama przestrzegałam zasad, ale widocznie nie wszyscy.
 
Bardzo trudno było mi zrozumieć śmierć – zwłaszcza znanych mi osób. Gdy byłam w liceum, zmarł ojciec mojej przyjaciółki. Rok później zginęła tragicznie koleżanka z mojej klasy. Wobec śmierci byłam zupełnie bezradna i nie pomagały mi żadne techniki radzenia sobie z problemami.
 
Jednocześnie w moim bezpośrednim otoczeniu coś się działo. Dwoje moich przyjaciół należało do oazy młodzieżowej. Oboje – niezależnie od siebie –stopniowo coraz częściej w sposób naturalny wtrącali do rozmowy słowa: Bóg, Kościół, modlitwa, rekolekcje. Jednocześnie dostrzegałam zmiany w ich zachowaniu. Widziałam, że mój przyjaciel naprawdę stara się żyć według tego, w co wierzy.
 
Chrześcijaństwo wydawało mi się zbiorem całkiem sensownych zasad postępowania, ale jak pogodzić Dekalog z wolnością? Obrzędy w Kościele, procesje, litanie wyglądało w moim oczach trochę folklorystyczne.
 
Zimą – byłam wtedy w III klasie liceum – przeżyłam bolesny zawód. Porzucił mnie chłopak, w którym byłam bardzo zakochana. Samotność bardzo mi doskwierała. Żyłam na pozór zwyczajnie, ale jednocześnie walczyłam z myślami samobójczymi, przygnębieniem, poczuciem odrzucenia i samotności. W takiej atmosferze zostałam wprost zapytana o wiarę.
 
Ktoś dał mi katechizm – miałam go na drugi dzień odnieść przyjaciółce. Przeglądałam książkę W co wierzę? Jak żyć?, śmiejąc się szyderczo pod nosem z ludzkiej naiwności. Gdyby ludzie żyli tak, jak tu jest napisane, to mielibyśmy raj na ziemi. Ale nie mogłam się od niej oderwać, aż napotkałam urywek wiersza:
 
Ta jedna licha drzewina –
nie trzeba dębów tysięcy!
Z szeptem się ku mnie przegina:
„Jest Bóg i czegóż ci więcej?!”
 
To był impuls, który zmusił mnie do natychmiastowej odpowiedzi:
No dobrze, niech Ci będzie – jesteś. I daj mi spokój!
 
W odpowiedzi na tę modlitwę (przecież to była modlitwa!?) otrzymałam taki pokój w sercu, jakiego nawet nie potrafiłabym sobie wyobrazić. Zrozumiałam, że nie chodzi o zasady i przepisy ani o rytuały, ale o miłość. Poczułam się kochana, akceptowana, przytulona… Jakby mnie, stojącą na jakiejś ciemnej scenie, zalało światło. To miłość jest tym światłem. To Jezus.
 
Nie miałam żadnej wizji, nikt mi się nie ukazał, ale realność tego spotkania była i jest nadal czymś, co pozwala mi się podnieść po każdym kryzysie. Po prostu spotkałam Jezusa i to zmieniło moje życie.
 
Naturalną konsekwencją był katechumenat. Siostra zakonna przygotowała mnie do przyjęcia chrztu. Jednocześnie wstąpiłam do oazy młodzieżowej.
 
Chrzest przyjęłam w wieku 18 lat w kościele św. Michała Archanioła we Wrocławiu. Od tego czasu jestem w Kościele i jestem szczęśliwa. Wciąż na nowo odkrywam miłość Boga do mnie i uczę się nawracać co dnia. Dzisiaj jestem mężatką (już prawie 19 lat), mam dwoje dzieci, pracuję jako nauczycielka matematyki. Wraz z mężem należymy do Domowego Kościoła Ruchu Światło-Życie.
 
Elżbieta Kowalewska
 
 



Pełna wersja katolik.pl