logo
Czwartek, 09 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Marii, Dymitra, Wadima, Heliodora, Gaucheriusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Jacek Salij OP
Modlitwa w czasach próby
Idziemy
fot. Gift Habeshaw | on Unsplash (cc)


Aż jedenaście encyklik różańcowych, jedną konstytucję apostolską oraz trzy listy apostolskie wydał sam tylko papież Leon XIII (lata1878-1903). Tak bardzo zależało mu, aby możliwie wszystkich katolików zachęcić do modlenia się na różańcu.

 

Papież ów zachęcał do otwarcia się na różne formy tej modlitwy: „Zachęcamy wszystkich chrześcijan – cytuję encyklikę Supremi apostolatus – aby, czy to publicznie, czy osobno, każdy w swym domu i ze swą rodziną odprawiali te pobożne modły różańcowe”. Szczególnie polecał Leon XIII odmawianie tej modlitwy przed Najświętszym Sakramentem. Ze specjalną zaś aprobatą odnotował urządzanie uroczystych procesji różańcowych; jeszcze w czasach mojej młodości te wspaniałe procesje odprawiane były w dominikańskich kościołach.

 

Dlaczego październik?


Już w pierwszym zdaniu wspomnianej encykliki Leon XIII otwartym tekstem napisał, że swoje wezwanie do Różańca kieruje ze względu na szczególnie trudną sytuację Kościoła w obecnych czasach. „Widzicie – precyzuje papież kilka stron dalej – jak długie i ciężkie walki i doświadczenia przechodzi Kościół. Chrześcijańską pobożność, publiczną uczciwość obyczajów, a nawet samą wiarę, która jest najwyższym dobrem i początkiem innych cnót, widzimy wystawionymi na coraz większe niebezpieczeństwa”.

 

Taka intencja Leona XIII wyjaśnia, dlaczego właśnie październik został ustanowiony przez niego szczególnym miesiącem różańcowym. Papież nawiązywał w ten sposób do zwycięstwa nad zmierzającą w kierunku Rzymu flotą muzułmańską, odniesionego pod Lepanto w 1571 r. Zwycięstwo to zostało wymodlone zarządzoną przez św. Piusa V krucjatą różańcową. Otóż Leon XIII nie ukrywał swojej nadziei, że analogiczna krucjata różańcowa ocali świat przed postępującą dechrystianizacją.

 

Również późniejsi papieże nie żałowali słów poparcia dla modlitwy różańcowej – że przypomnę encyklikę Piusa XI Ingravescentibus malis z 29 września 1937 r., encyklikę Piusa XII Ingruentium malorum z 15 września 1951 r., czy Jana XXIII Grata recordatio z 26 września 1959 r. Wrześniowe terminy wydania tych encyklik świadczą o tym, że papieżom chodziło nie tylko o ogólne uznanie miejsca Różańca w katolickiej pobożności, ale również o to, żeby nie rezygnować z października jako miesiąca różańcowego.

 

Szczególnie donośnie zabrzmiał głos w obronie Różańca, z jakim wystąpił bł. Paweł VI w wydanej 2 lutego 1974 r. adhortacji Marialis cultus. Był to czas posoborowej reformy liturgicznej i zaczęły pojawiać się postulaty, ażeby Kościół zaczął ograniczać znaczenie Różańca w pobożności katolickiej i w ogóle żeby zaczął rezygnować z nabożeństw, nazywanych wtedy paraliturgicznymi. Paweł VI napisał wówczas, że należy „uznać w Różańcu taką formę pobożności, która łatwo może być uzgodniona ze świętą liturgią. Albowiem Różaniec nie inaczej niż liturgia wykazuje również charakter wspólnotowy, karmi się Pismem Świętym i cały skierowany jest ku tajemnicy Chrystusa” (nr 48).

 

Nie ulega bowiem wątpliwości – napisał autor adhortacji kilka stron dalej – że „po Liturgii godzin, w której modlitwa domowa może dosięgnąć szczytu – koronkę Najświętszej Maryi Panny trzeba zaliczyć do najwspanialszych i najskuteczniejszych »wspólnych modlitw«, do zanoszenia których wzywa się rodzinę chrześcijańską” (nr 54). Te słowa Pawła VI stanowiły niezmiernie ważne wsparcie dla wszystkich, którzy niepokoili się, że na fali reformy liturgicznej modlitwa różańcowa zacznie być w Kościele dyskryminowana. Papież przypomniał to, o czym wielokrotnie mówili jego poprzednicy: że w tajemnicach różańcowych wchodzimy modlitewnie w samą istotę wiary chrześcijańskiej, ponieważ modląc się na różańcu rozważamy całość zbawczego dzieła Syna Bożego – Jego przyjście do nas, nauczanie, ale również Jego zbawczą mękę i zmartwychwstanie.

 

Dodajmy, że na różańcu można się modlić w różnych sytuacjach życiowych, zarówno razem z innymi, jak na osobności, w chwilach zarówno dobrych, jak złych. A co ważniejsze – Różaniec jest modlitwą maryjną, zaprasza nas do tego, żebyśmy podstawowe wydarzenia zbawcze starali się przyjmować wraz z Maryją i na sposób Maryi; żebyśmy – jak to głęboko sformułował św. Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae, 14 – od Maryi uczyli się Chrystusa, nie tylko tego, co głosił, ale żebyśmy nauczyli się Jego samego. A jakaż nauczycielka – pyta retorycznie Jan Paweł II – mogłaby nas lepiej nauczyć Chrystusa, niż Maryja?

 

Kiedy nie ma dostępu do Eucharystii…


Dzięki tym zaletom Różaniec sam w sobie jest modlitwą bezcenną. Stanowi bowiem zaproszenie do modlitewnego wchodzenia w samo centrum tajemnicy Chrystusa – Jego wcielenia i całego Jego pielgrzymowania, aż do odkupieńczej śmierci na krzyżu oraz zmartwychwstania. W ten sposób modlitwa różańcowa dopełnia i uwyraźnia to, co w całej pełni daje nam Eucharystia. Bo właśnie Eucharystia jest centrum i szczytem kultu chrześcijańskiego. I trzeba to jasno powiedzieć, że Różaniec nie jest alternatywą dla Eucharystii i nigdy braku Eucharystii nie zastąpi, ale właśnie z Eucharystii czerpie swoją moc zbawczą, do Eucharystii też modlitwa różańcowa powinna prowadzić.

 

Różaniec staje się modlitwą dodatkowo bezcenną w tych licznych sytuacjach, kiedy udział w Eucharystii jest dla kogoś niemożliwy lub bardzo utrudniony. Przecież całkiem nierzadko się zdarza, że dla kogoś przyjście w niedzielę na Mszę Świętą jest czymś wręcz fizycznie niemożliwym. Wielu ludzi sięga wówczas po różaniec, niby po koło ratunkowe, bez którego trudno by było ocalić swoją więź ze Zbawicielem, a może nawet wiarę we własne człowieczeństwo.

 

Ograniczę się do przedstawienia kilku szczególnie poruszających świadectw, jak wielkim oparciem był Różaniec dla ludzi, którym odmawiano nawet prawa do modlitwy. Zacznę od przejmującego świadectwa Haliny Górskiej (1929-2011), późniejszej dziennikarki Polskiej Agencji Prasowej, która – w marcu 1950 r. aresztowana w Wilnie – siedzi w maciupeńkiej celi razem z kilkoma Litwinkami. Relacje między więźniarkami są autentycznie koleżeńskie, nie ma w nich nawet śladu tych napięć polsko-litewskich, które w tamtym czasie wciąż były w Wilnie niemałe:

„Naszą więzienną modlitwą był przede wszystkim Różaniec. Wszystkie moje towarzyszki miały różańce zrobione z chleba, niektóre bardzo piękne – małe dzieła sztuki. Razowy zakalec, jaki nam dawano, nie nadawał się do tego. Trzeba było czekać, aż któraś z nas otrzyma paczkę z domu, a w niej białą bułę, najlepszą do tego celu. Kawałek miękiszu ugniatało się z odrobiną wody, a jeśli któraś miała kolorową chusteczkę czy inną część garderoby puszczającą farbę, zabarwiało się go na różne kolory, potem z tej masy lepiło się małe kuleczki. Igłę robiłyśmy z rybich ości, nitkę wyciągałyśmy z chustek na głowę. Najzręczniejsze rzeźbiły każdy paciorek. Potem nizało się je i różaniec gotowy. Najwięcej czasu pochłaniał krzyż. Każda z nas miała ambicję, by Chrystus wypadł jak najpiękniej. Nigdy nie miałam talentu w tym kierunku i sporo się namęczyłam, zanim udało mi się jako tako wyrzeźbić postać Ukrzyżowanego, za nic jednak nie chciałam, by zrobiła to za mnie któraś z moich towarzyszek.

Gdy już miałam swój różaniec, mogłam się przyłączyć do wspólnej modlitwy. Nie odmawiałyśmy różańca głośno. Każda z nas w myśli powtarzała swe pacierze. Ale robiłyśmy to razem, chodząc rzędem dookoła celi, czasem na chwilę przystając przed oknem, przesuwając paciorki w palcach. Był to moment najbardziej intymny – w głębokiej ciszy każda z nas stawała sam na sam przed Bogiem ze swoimi problemami, lękami, bólem, prośbami. Modliłam się za rodzinę, wiedząc, jak bardzo cierpi, prosiłam Matkę Bożą o wyrwanie mnie z tej pułapki, ale kiedy rozpoczęły się przesłuchania, błagałam już tylko o jedno – żeby się nie załamać, żeby nikogo nie wydać, nikomu nie zaszkodzić”.

 

Być może nie każdy to zauważy, że takim sposobem modlenia się na różańcu dziewczyny te dawały wyraz swojemu głębokiemu przeświadczeniu o wielkiej wartości zbiorowej modlitwy różańcowej. Nie zapominajmy, że wszystko działo się w sowieckim więzieniu, gdzie obowiązywał bezwzględny zakaz jakiejkolwiek modlitwy. A jednak dziewczyny te się modliły. Strażnicy więzienni ich modlitwy nie zauważyli, mimo że one modliły się wspólnie.

 

W sytuacjach granicznych Różaniec nieraz okazywał się modlitwą, którą modlili się – i to modlili gorąco – ludzie niewierzący (a w każdym razie ludzie, którym się wydawało, że są niewierzący). Konkretny przypadek takiej modlitwy opisuje Grażyna Jonkajtys z Kazachstanu. Jej matka zaproponowała osieroconej współtowarzyszce niedoli, która nawet na zesłaniu pozostała żarliwą komunistką, pomoc w przygotowaniu do pogrzebu najbliższej osoby. Ta z wdzięcznością pomoc przyjęła, „umyły, ubrały i przygotowały nieboszczkę do ostatniej podróży oraz przemodliły się przy niej przez całą noc. Ada Alfonsowna płacząc powtarzała za Mamą Zdrowaś Maryja Różańca i Anioł Pański; przypomniała sobie modlitwy swojego dzieciństwa”. Okazało się w ten sposób, że zawierzenie Bogu i potrzeba modlitwy są w tej komunistce o wiele głębiej, niż jej deklarowany ateizm.

 

Przejmujące świadectwo, że dla ludzi krzywdzonych i doznających najwyższej niesprawiedliwości różaniec może stać się znakiem nadziei wbrew nadziei, złożył rtm. Witold Pilecki w swoich „Raportach z Auschwitz”: „Przyszło do obozu echo pacyfikacji Lubelszczyzny. Najprzód wśród palonych rzeczy i gorszych, podniszczonych butów, pewnego dnia znaleziono buty nasze, wiejskie, wielkie i małe, potem ubrania polskich chłopów, książeczki do nabożeństwa w języku polskim i wiejskie, proste różańce. (...) Gdy widziało się małe buciczki, kobiecą bluzkę – w tym wszystkim różaniec, serca zabiły żywiej chęcią zemsty”. To, że podczas aresztowania przez Niemców ludzie ci nie zapominali, żeby wziąć ze sobą różaniec, mówi samo za siebie.

 

Jacek Salij OP
Idziemy nr 40/2017

 
 



Pełna wersja katolik.pl