logo
Wtorek, 20 sierpnia 2019 r.
imieniny:

Bernarda, Sabiny, Samuela, Sobiesława – wyślij kartkę

Szukaj w


Facebook
 
Monika Odrobińska
Między piciem a pijaństwem
Idziemy
fot. Marc Schulte | Unsplash (cc)


Z prof. Krzysztofem Wojcieszkiem, współorganizatorem Narodowego Kongresu Trzeźwości, rozmawia Monika Odrobińska.
 
Na czym polega problem polskiego picia?
 
Mamy do czynienia z dwiema Polskami: 83 proc. to abstynenci lub osoby pijące umiarkowanie, reszta to osoby pijące ryzykownie lub szkodliwie, albo uzależnione. Mimo że osób niemających problemów z alkoholem jest w Polsce przeważająca większość, jest to większość milcząca. A normy nadużywających alkoholu urosły u nas do rangi symbolu. „Na zdrowie!”, „Nie pijesz, nie żyjesz”, „Z nami się nie napijesz?” – hasła te świadczą o błędnym pojmowaniu roli napojów alkoholowych.
 
Polski problem alkoholowy leży nie tylko w samym zjawisku uzależnienia wielu osób, ale w rozpowszechnionym pijaństwie, czyli nieumiarkowaniu w piciu. Uzależnionych w stopniu ciężkim jest około 600-700 tys., a pijących szkodliwie aż 3 mln. Badania pokazują, że jest kilkunastoprocentowa grupa Polaków, którzy piją, by się upić, lub w niedobrych okolicznościach. W jakich sytuacjach picie jest wykluczone, gdyż bardzo szkodliwe? W przypadku dzieci i młodzieży, matek ciężarnych i karmiących, kierujących pojazdem, w przypadku niektórych chorób, podczas opiekowania się dzieckiem, w pracy, w trakcie uprawiania niektórych sportów i turystyki. Wtedy abstynencja to obowiązek nawet tych, którzy umiarkowanie używają alkoholu.
 
Mówi Pan nie o ilości, ale o konkretnych okolicznościach.
 
Właśnie! Najpierw rozstrzyga sytuacja, a następnie ilość i częstość picia. Bo trzeźwość zależy nie tylko od ilości – od niej oczywiście też! – ale szczególnie od okoliczności picia. Jeśli nie zauważamy, że w wymienionych sytuacjach abstynencja jest wymogiem, jesteśmy o krok od naruszenia granicy pijaństwa.
 
Ilościowo natomiast o pijaństwie mówimy w przypadku przyjęcia dawki czystego alkoholu powyżej 60 mg – to dla mężczyzny dawka o działaniu narkotycznym. Dla kobiety to 40 g. Brak umiaru jest również wtedy, gdy pije się mimo indywidualnego ryzyka uzależnienia. Pod tym względem się różnimy nawet genetycznie; aż 25 proc. dzieci powtarza los uzależnionych rodziców z powodów czysto biologicznych.
 
Ubolewam, że w kontekście szkód alkoholowych pisze się niemal wyłącznie o uzależnieniach. Tymczasem skala strat w społeczeństwie najbardziej zależy od aktualnej liczby nadużywających alkoholu. Pijących ryzykownie i szkodliwie jest przynajmniej trzy do pięciu razy więcej niż uzależnionych, i to oni generują najwięcej strat. Oczywiście uzależnienie samo w sobie jest strasznym dramatem, ale gdy pytamy o różne straty zdrowotne czy wypadki, to zaczynają przeważać nieuzależnieni „pijacy”. Najnowsze klasyfikacje o tyle ułatwiają zrozumienie tego paradoksu, że uwzględniają uzależnienie w stopniu lekkim i średnim, i to są właśnie owi „pijacy”. My zwracamy uwagę na „ciężko uzależnionych”, bo to łatwiej uchwycić.
 
Dziś, w czasie gdy rozmawiamy, z powodu alkoholu 33 osoby będą hospitalizowane, cztery umrą z powodu zatrucia alkoholowego, sześć zginie w wypadku drogowym z powodu nietrzeźwego kierowcy, nie mniej niż jedna osoba zginie z ręki pijanego przestępcy, osiem popełni samobójstwo pod wpływem alkoholu, 140 dozna z jego powodu przemocy domowej, pięć urodzi się z zespołem FAS, 27 zachoruje na marskość wątroby, 16 umrze na raka, do którego doszło z przyczyny alkoholu, itd. W sumie alkohol zabija blisko 60 ofiar dziennie.
 
Alkohol silnie uzależnia – ma 80 proc. siły heroiny – i otwiera drogę do innych uzależnień. A uzależnieni żyją 15-20 lat krócej. Jest to wymierna strata i w sensie rodzinnym, i społecznym. To trzeci czynnik utraty zdrowia w skali światowej, odpowiedzialny za sto różnych chorób, w tym… nowotwory. Szacunkowo co dziesiąty nowotwór jest „odalkoholowy”.
 
Czy pojedynczy akt pijaństwa to już problem?
 
To on jest podstawowym źródłem strat – tym bardziej, jeśli jest powtarzany często i zaczyna jawić się jako styl życia. Zauważmy, że co trzeci młody człowiek traci życie właśnie z powodu alkoholu. U nich nie można mówić o uzależnieniu, tylko o epizodzie pijaństwa. Dwunastoletnia dziewczynka, która po pijanemu zamarzła pod Kielcami, nie była uzależniona. Sześcioro młodych ludzi wracających z zabawy w stanie upojenia też raczej nie było uzależnionych. A zginęli…
 
Czy Polacy zawsze byli narodem rozpitym?
 
Nie, to nie jest nasza „cecha wrodzona”. Trzeźwość zaczęliśmy tracić w XV w. Kraj był zasobny gospodarczo; „Stać nas na węgrzyna” – mówiono, rozluźniły się obyczaje. Kolejna fala pijaństwa przyszła wraz z potopem szwedzkim. Wtedy 50 proc. reeksportu zboża docierało do nas w postaci wódki. XVIII w. to rozpowszechnienie taniej produkcji destylatów i upadek obyczajowości w epoce saskiej. W XIX w. z kolei rozpite społeczeństwo leżało w interesie zaborców. A wiek XX to wiek trzech totalitaryzmów. Najpierw faszyzm i II wojna światowa, podczas której niemieccy okupanci stosowali alkohol jako walutę, a Polacy jako podludzie mieli pić. Później dewizą komunizmu było hasło: „Tam ojczyzna nasza, gdzie wódka i kiełbasa”. A obecnie mamy kapitalizm i liberalizm, w których można dowolnie eksploatować drugiego człowieka. Co siódmy użytkownik alkoholu to ofiara towarzyskiego przymusu picia. To potężny dylemat moralny: czy można poświęcić jednego, by reszta czuła się dobrze?
 
Kto dziś nas rozpija?
 
Ci, którzy promują nietrzeźwość. Mamy nadmiar punktów sprzedaży alkoholu – co roku wydawanych jest 300 tys. zezwoleń stałych lub okresowych. Nie cofa się ich za łamanie prawa, np. sprzedawanie alkoholu nieletnim. A powinno się, bo to hańba. Alkohol dostępny jest 24 godziny na dobę, jak towar pierwszej potrzeby. Kwitnie u nas jego reklama – w mediach elektronicznych, na bilbordach. To oznacza potężne dochody koncernów przy jeszcze większych stratach społecznych. Od pijaństwa nie są wolne nasze elity, żeby wspomnieć choćby „chorobę filipińską”. A nie mogą ratować z topieli ci, którzy sami toną.
 
Czy alkohol jest zły sam w sobie?
 
Oczywiście, że nie, i mówię to jako dobrowolny abstynent z 40-letnim stażem! Ale można tak go używać, że przekreśli się wszystkie jego zalety. Włosi piją 2/3 tego, co my, a mają dziesięciokrotnie mniej uzależnionych. Nie mamy kompetencji picia. Dowodem tego jest fakt, że spożywamy dwa razy więcej niż średnia światowa. Ci, którzy piją, piją za dużo i za mocno – średnio 31,5 litra na rok. Dla porównania: Litwini piją 33,3 litra, Łotysze – 26,5, Białorusini – 30, a Włosi – 11,9. To picie niszczące. Najważniejszy w tej kwestii jest umiar. Nie musi to oznaczać prohibicji.
 
Nasze picie plasuje się w „północnym stylu picia” – jest on bardziej destrukcyjny niż „styl południowy”. Nie ma bezpiecznej dawki alkoholu, ale bezpieczniejsze są te społeczności, które stosują delikatne „drinkowanie” zamiast upijania się i bazują na mniej stężonych napojach; nie tolerują publicznego, ostentacyjnego upijania się; dają przyzwolenie na niepicie w towarzystwie i szanują abstynencję.
 
Co więc z tym zrobić?
 
Ograniczyć dostępność: prawną, ekonomiczną i geograficzną, dotyczącą liczby punktów sprzedaży, a także kulturowe przyzwolenie na picie. Zachęcać do treningu abstynenckiego (zwłaszcza w młodości). Trzeźwość polega na całkowitej abstynencji lub radykalnym umiarze w piciu. Tę granicę łatwo przekroczyć w stronę nietrzeźwości.
 
Czynnikami chroniącymi przed pijaństwem młodzieży jest więź z rodzicami, sukcesy szkolne, praktyki religijne, szacunek dla norm i autorytetów społecznych, konstruktywna grupa rówieśnicza. Najskuteczniejszą strategią edukacyjną dla wszystkich jest zmiana dewizy: „pije się” na: „piją nie wszyscy i nie zawsze, nie z tym samym skutkiem”. Ja stawiam na triadę: „Nie upijaj się” – bo dziś, niestety, upijanie się uchodzi za cnotę towarzyską. „Mniej jest lepiej” – są narody, które to opanowały. „A najlepiej wcale” – należy zdobyć przestrzeń dla dobrowolnej abstynencji.
 
W Polsce abstynencja jest uważana za wyjątek (wbrew temu, że abstynenci to bardzo pokaźna grupa). Paradoksalnie normą powinna być abstynencja, a godziwym wyjątkiem – używanie alkoholu z umiarem. Chociażby z tego powodu, że jeśli podsumujemy wspomniane sytuacje, które jej wymagają, to zajmują one większość czasu życia ludzkiego. Im mniej i rzadziej pijemy, tym jesteśmy bezpieczniejsi.
 
Co ma picie do patriotyzmu?
 
Nawiązuje pani zapewne do słów bł. Bronisława Markiewicza: „Albo Polska będzie trzeźwa, albo nie będzie jej wcale”. Ja uważam, że pijaństwo jest wręcz sprzeczne z polską racją stanu. To przeciwdziałanie dobru wspólnemu narodu. Od trzeźwości narodu zależy trwałość i jakość państwa. Na naszych oczach giną fizycznie niektóre narody z powodu nadużywania alkoholu: Indianie w Ameryce Północnej, Inuici na Grenlandii, Aborygeni w Australii. A bliżej nas też jest kilka narodów mających kolosalne kłopoty. Czy mamy do nich dołączyć? Dla mnie symbolem takiej sytuacji jest wydarzenie historycznie zwane bitwą pod Budziszynem z udziałem II Armii WP. Przeczytałem, że nasze ogromne straty w ludziach były spowodowane pijaństwem gen. Świerczewskiego, który, zamiast dowodzić, kilka dni pił i trzeźwiał. To naprawdę kosztuje życie ludzkie. Ale też drenuje gospodarczo. Straty kilka razy przewyższają dochody.
 
Co zakłada Narodowy Program Trzeźwości?
 
To na razie obszerny i szczegółowo przygotowany projekt – dyskutowaliśmy go podczas Narodowego Kongresu Trzeźwości. Przez następne pół roku będą trwać nad nim prace redakcyjne. Jednak wedle mojej optymistycznej oceny aż 95 proc. treści jest gotowe. Dokument ten ma dotknąć najistotniejszych przeszkód na drodze do trzeźwości indywidualnej i społecznej oraz ma posłużyć na następne 25 lat – na wzór tego, który sprawdził się np. w Szwecji czy Islandii. W krótszym czasie niż długość pokolenia nie cofnie się trzechsetletniej tradycji pijaństwa uwarunkowanego historycznie.
 
Zależy nam, aby program stał się znany i akceptowany nie tylko przez grono ekspertów, ale przez wszystkich Polaków. Jego istotą jest uruchomienie wszelkich możliwych środków pomagających Polakom w osiągnięciu cnoty trzeźwości. Ma ona dwie postacie: abstynencji i umiarkowanego używania napojów alkoholowych. Jednak wszelkie te środki nie wystarczą: człowiek musi chcieć wypracować tę sprawność. Niebawem upublicznimy program w całości.
 
Rozmawiała Monika Odrobińska
Idziemy nr 40/2017
 
 



Pełna wersja katolik.pl