logo
Wtorek, 10 grudnia 2019 r.
imieniny:
Danieli, Bohdana, Julii, Romaryka – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Urszula Wrońska
Głosy ze wszystkich stron świata
List
fot. Duangphorn Wiriya | Unsplash (cc)


Był rok 1959, święto Nawrócenia św. Pawła. Kończył się właśnie Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan i Jan XXIII odprawiał Mszę na jego zakończenie. Jakież było zdziwienie zgromadzonych w bazylice kardynałów, gdy na zakończenie Eucharystii, papież donośnym głosem zwrócił się do nich: "Stojąc przed wami i drżąc ze wzruszenia pragnę z pokorą, ale i stanowczością ogłosić decyzję zwołania (…) soboru ekumenicznego dla Kościoła powszechnego". Po tych słowach w bazylice zapadła głucha cisza, kardynałowie oniemieli.
 
Jakiś czas później papież dowcipnie podsumował tę sytuację: "Można by przypuszczać, iż zaczną podchodzić do Nas, aby wyrazić Nam swoje uznanie i przekazać życzenia powodzenia. Tak się jednak nie stało, zapanowała bowiem nadzwyczaj pobożna cisza".
 
Jan XXIII podjął decyzję o zwołaniu soboru trzy miesiące po wyborze na papieża. Nie radził się w tej sprawie nikogo z wyjątkiem swojego osobistego sekretarza, kard. Tardiniego. Ten podjął pomysł papieża z radością i stał się głównym koordynatorem prac przygotowawczych do tego wydarzenia. W samej Kurii natomiast, po ogłoszeniu decyzji papieża, zawrzało. Kardynałowie zupełnie nie spodziewali się takiego obrotu spraw. Choć już wcześniej Pius XI i Pius XII widzieli potrzebę zwołania soboru i dokończenia dzieła rozpoczętego na Soborze Watykańskim I, przerwanym z powodu wojny francusko-pruskiej, to jednak w samej Kurii panowało przekonanie, że czas soborów ostatecznie się skończył. O tym, że na razie nie warto zwoływać soboru, przekonani byli także ci, którzy głosili potrzebę wprowadzania reform w Kościele. Wybitny teolog, o. Yves Congar OP, uważał, że sobór powinien się odbyć, ale nie wcześniej niż za dwadzieścia lat. Jan XXIII dostrzegł jednak, dzięki natchnieniu Ducha Świętego - co zawsze podkreślał - że Kościół potrzebuje odnowy właśnie teraz. Jeszcze jako ksiądz, a później biskup i kardynał, dużo czasu spędzał poza Rzymem, w krajach, gdzie większość stanowili wyznawcy prawosławia i islamu. Był delegatem apostolskim w m.in. W Sofii i Istambule. Widział więc Kościół z nieco innej perspektywy niż rzymscy kardynałowie.
 
Niech nic się nie zmienia
 
Nigdy wcześniej żaden sobór nie był poprzedzony takimi przygotowaniami, jak miało to miejsce przy Vaticanum II. Kardynał Tardini rozesłał 2598 listów do kardynałów, biskupów, przełożonych zgromadzeń zakonnych i do rektorów uniwersytetów katolickich z całego świata, z prośbą o wyrażenie swojej opinii na temat tego, czym ma zająć się sobór. Pierwotnie Kuria przygotowała ankietę zawierającą konkretne pytania i propozycje odpowiedzi, ale Tardini postanowił zrezygnować z takiej formy zapytania, na rzecz bardziej otwartej. Nie chciał nikomu nic sugerować. Najkrótsza odpowiedź liczyła 6 linijek, a najdłuższa 27 stron maszynopisu. Wielu respondentów prosiło o to, by na soborze potwierdzić, że wszystko "działa bez zarzutu", często powtarzały się prośby, by potępić modernizm i zająć się dalszym definiowaniem doktryny, szczególnie w kwestiach dotyczących Maryi. Co śmielsze odpowiedzi postulowały, by zwiększyć zaangażowanie świeckich w Kościele i wprowadzić języki narodowe w czasie liturgii.
 
Przyszły również odpowiedzi z Polski. Młody biskup krakowski, Karol Wojtyła (był wtedy od roku biskupem pomocniczym) napisał, że jego zdaniem najważniejsze jest to, by sobór zajął się opisaniem doktryny katolickiej językiem personalizmu, czyli mniej prawniczym a bardziej duszpasterskim. Zagadkowo i mało konkretnie brzmiąca sugestia, po kilku latach okazała się prorocza.
 
Papież wyznaczył dziesięć Komisji Przygotowawczych. Miały one zająć się opracowaniem wstępnych dokumentów odpowiadających nadesłanym pomysłom i sugestiom. Komisje te były odpowiednikami poszczególnych kongregacji Kurii i na czele każdej z nich stał prefekt danej kongregacji. Jedynym wyjątkiem była komisja, która nie miała swojego odpowiednika w Kurii, czyli Sekretariat ds. Jedności Chrześcijan. Na jej czele stał kard. Bea, dawny rektor rzymskiego Uniwersytetu Biblicum, biblista i zwolennik dialogu ekumenicznego. Komisje traktowały z początku Sekretariat jako jednostkę powołaną tylko do kontaktów z innymi wyznaniami, niemającą odgrywać znaczącej roli na soborze, stało się jednak zupełnie inaczej. To właśnie z Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan wychodziły najodważniejsze projekty reform.
 
W przeddzień rozpoczęcia soboru Komisje miały przygotowanych 17 schematów, łącznie 7 tomów dokumentów. Liczono, że ojcowie soborowi zajmą się po prostu studiowaniem poszczególnych dokumentów, wprowadzaniem drobnych korekt i akceptowaniem materiałów.
 
Planowano, że prace te uda się wykonać w czasie jednej sesji. Duch Święty nie dostosował się jednak do tych planów.
 
Największe spotkanie świata
 
11 października 1962 r. o godz. 8.30 na plac św. Piotra w Rzymie przybyło około 2500 ojców soborowych. Biskupi, wszyscy ubrani w jednakowe biały szaty i białe mitry na głowach, spływali ze schodów pałacu nieopodal bazyliki. Przechodząc przez kolumnadę, sławne piazza, witani oklaskami, wchodzili do Bazyliki św. Piotra. Tam, w centralnej nawie, przygotowano miejsce na posiedzenia soborowe. Procesję tę widziały dziesiątki tysięcy wiernych zgromadzonych na placu św. Piotra i miliony telewidzów.
 
Na końcu, przechodzącego przez około godzinę orszaku, w lektyce zwanej sedia gestatoria, niesiono Jana XXIII. Tak opisywał ten pochód redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego", Jerzy Turowicz. Porównał procesję biskupów do procesji znanej z Apokalipsy św. Jana, gdzie wspólnie kroczyli ludzie z każdego ludu, języka i narodu: "niezwykły pochód (…), pochód dwukilometrowej długości. (…) [Idą w nim] następcy apostołów, cała hierarchia Kościoła przybyła z pięciu kontynentów, prałaci i purpuraci wszelkich ras i kolorów; na tle białych szat odcinają się setki kolorowych twarzy: czarnych, żółtych i brązowych. Idą biskupi (…) z krajów dopiero co objętych organizacją kościelną i z krajów starej, dwutysięcznej «uprawy» chrześcijaństwa. Nie było w dziejach Kościoła takiego pochodu, nie było nigdy takiej manifestacji uniwersalizmu Kościoła, nie było chyba pochodu takiej wagi w dziejach świata". Biskupi przybyli ze stu szesnastu państw, 34 % stanowili biskupi z Europy, 34% z obu Ameryk, 20% z Azji i Oceanii i 10% z Afryki. Przez trzy lata trwania obrad, średnia liczba uczestników każdej sesji to około 2400 osób. Dla porównania w Soborze Watykańskim I brało udział 750 biskupów, a Sobór Trydencki otwierało zaledwie 21 biskupów.
 
11 października Bazylikę św. Piotra wypełniali wszyscy zaproszeni na sobór, czyli biskupi, ich osobiści sekretarze, teolodzy (tzw. periti, czyli doradcy niemający prawa głosu), przełożeni zakonów oraz niekatoliccy obserwatorzy. Jako ostatni wszedł do bazyliki papież. Klęknął przy konfesji św. Piotra i donośnym głosem zaintonował: Veni Creator Spiritus.
 
Aggiornamento
 
Po Mszy rozpoczynającej sobór, przyszedł czas na długo oczekiwaną mowę inauguracyjną papieża. Po latach odkryto, że Jan XXIII w całości ułożył ją samodzielnie i długo nad nią pracował. Mowa rozpoczynała się słowami: Gaude Mater Ecclesia ("Raduj się Matko Kościele"). Wielu biskupom, zmęczonym czterogodzinną ceremonią, przemówienie wydawało się dosyć nijakie. W rzeczywistości pokazywało, o jakich zmianach marzył papież.
 
Podkreślał, że trzeba zerwać z postawą podejrzliwości wobec świata i nieustannego karcenia. Nie chciał, by Kościół widział w świecie tylko zło, przed którym trzeba się chronić, lepiej, będąc świadomym problemów, jakie się pojawiają dostrzegać w świecie "godny podziwu postęp odkryć geniuszu ludzkiego". Papież wzywał do tego, aby trudności i błędy we współczesności zwalczać "posługując się raczej lekarstwem miłosierdzia, aniżeli surowością (…) wskazując raczej na skuteczność swojej [Kościoła] nauki, aniżeli występując z potępieniem". Zadaniem soboru nie powinno być więc bronienie doktryny, tej bowiem nikt nie kwestionował, ale przyjrzenie się językowi, w którym Kościół przekazuje prawdę.
 
W mowie inauguracyjnej można odnaleźć także inną z przewodnich idei soboru, a mianowicie aggiornamento (uwspółcześnienie). Kościół powinien dostosować formy działania do okoliczności zmieniającego się świata. Dzięki aggiornamento Kościół miał stać się bliższy życiu ludzi.
 
Kolejnego dnia w relacjach prasowych pojawiły się różne interpretacje papieskiego przemówienia. W "L'Osservatore Romano" można było przeczytać: "Główny cel soboru: obrona i promowanie doktryny". Natomiast wpływowy paryski dziennik "Le Monde" obwieszczał: "Papież aprobuje metody badawcze we współczesnej myśli". Dla jednych mowa papieska była argumentem za potwierdzeniem status quo Kościoła, dla innych zachętą do reform.
 
Same media odegrały na soborze znaczącą rolę. Papież dbał o to, by dzięki prasie, radiu i telewizji, wierni mogli się dowiadywać o przebiegu obrad. Już podczas drugiej sesji na salę obrad zostali wpuszczeni katoliccy dziennikarze. Od samego początku w wielu gazetach ukazywały się dzienniki uczestników soboru. Zdarzało się też, że niektórzy biskupi obradujący na soborze, zwłaszcza ci z Afryki czy Ameryki Płd., nie mogąc przebić się ze swymi poglądami na zgromadzeniu, wypowiadali je na konferencjach prasowych i tą okrężną drogą zwracali na siebie uwagę pozostałych ojców soborowych.
 
Sobór chętnie korzystał też z osiągnięć techniki. By nagłośnić 2500 metrów kwadratowych nawy głównej bazyliki użyto najnowocześniejszego sprzętu nagłaśniającego. Jak wspomina jeden z protestanckich obserwatorów: "Na potrzeby soboru wielkie gmaszysko zostało tak umiejętnie okablowane, a mikrofony umieszczono w tak strategicznych miejscach, że każde, choćby najciszej wyszeptane słowo dało się słyszeć nawet w najodleglejszej części bazyliki".
 
Zajęcia pozalekcyjne
 
Pierwsze robocze spotkanie odbywało się 13 października. Ojcowie mieli wybrać członków dziesięciu komisji odpowiedzialnych za pracę nad dokumentami soborowymi. Komisje te miały odpowiadać Komisjom Przygotowawczym, z tym wyjątkiem, że teraz o tym, kto będzie je tworzył, mieli decydować sami ojcowie soborowi, a nie - jak wcześniej - papież. Jakież było zdziwienie ojców, gdy na pierwszym spotkaniu kazano im podjąć tę decyzję bez żadnego przygotowania. Kuria opracowała wcześniej listę biskupów, którzy wchodzili w skład Komisji Przygotowawczych, a także listę proponowanych kandydatur. Choć chodziło tu tylko o względy praktyczne, wielu biskupów odebrało to jako próbę manipulacji. Ojcowie byli skonsternowani. Jeszcze się nie znali, nie wiedzieli więc, na kogo głosować. Zaczęli więc wypełniać karty do głosowania radząc się głośno sąsiadów, na jaką kandydaturę warto oddać głos. Zapanował zamęt. Trudną sytuację przerwał kard. Liénart z Francji, jeden z przewodniczących sesji. Zaproponował, by odłożyć głosowanie na kilka dni, żeby ojcowie mogli przygotować własne listy i zapoznać się z kandydatami. Cała sala odpowiedziała gromki oklaskami. To z pozoru nieznaczące wydarzenie pokazało, że biskupi zamierzali sami decydować o przebiegu soboru.
 
Obrady rozciągnęły się na cztery sesje (1962-1965 r.). W tym czasie odbyło się dziesięć sesji publicznych, na które obok stałych uczestników, zaproszeni byli także goście i osoby, którym udało się zdobyć wejściówki.
 
Głównych posiedzeń, zwanych zgromadzeniami ogólnymi albo po prostu spotkaniami roboczymi, odbyło się 168. Na sesjach tych prezentowano schematy dokumentów przygotowane wcześniej przez Komisje Przygotowawcze, dyskutowano nad nimi, a później poddawano pod głosowanie. Spotkania te rozpoczynały się o 9 Mszą św. Poranne Msze odprawiano w różnych rytach, nie tylko rzymskim, łacińskim, znanym większości ojców, można więc powiedzieć, że dla uczestników nabrały one walorów edukacyjnych.
 
Spotkania robocze trwały aż do południa. Później udawano się na obiad. Po południu był czas na samodzielne studiowanie dokumentów przygotowanych na kolejne posiedzenia, na pracę w małych komisjach, które przygotowywały dokumenty, a także na różne niekoniecznie oficjalne spotkania okołosoborowe. A tych było dużo. Na soborze wiele pomysłów powstawało w kuluarach. Między innymi w dwóch barach kawowych usytuowanych wewnątrz bazyliki, które szybko zyskały nieoficjalne nazwy: Bar-Jona i Bar Micwa. To tam zwykle panował największy gwar. Przy kawie konfrontowano swoje poglądy, ale też zawiązywano przyjaźnie na całe życie. Wiadomo też np. o małżeństwie świeckich audytorów, którzy organizowali w swoim domu przyjęcia, będące miejscem spotkań z ojcami i rozmowy o tym, co jest dla nich ważne.
 
Co więcej, wielcy teolodzy obecni na soborze organizowali nieformalne "zajęcia pozalekcyjne" z teologii, biblistyki i liturgiki. Biskupi mogli się dowiedzieć o nowych prądach w tych dziedzinach, o wiedzy, której nie można było uzyskać z oficjalnych podręczników.
 
Podział sił
 
Już w pierwszych dniach soboru zaczęły się kształtować dwa obozy, tzw. mniejszości (integryści) i większości (progresiści). "Mniejszość" to przede wszystkim kardynałowie związani z Kurią, posiadający dużą władzę. Byli przeciwni większości reform i próbowali z nimi walczyć. To oni byli też autorami pierwotnych 17 dokumentów przygotowanych na obrady soboru. Wszystkie jednak zostały odrzucone, a ojcowie soborowi konstruowali nowe dokumenty. Jednym z przywódców "mniejszości" był kard. Ottaviani, przewodniczący Kongregacji Świętego Oficjum. Należał do niej także abp. Lefebvre, który nie przyjął ostatecznie postanowień Soboru Watykańskiego II.
 
Druga grupa, wśród której dominowali biskupi niemieccy i do której bliżej było biskupom z całego świata, była zwolennikiem reform. Najbardziej znaczącymi ojcami "większości" byli kard. Bea, kard. Suenens z Brukseli, kard. Frings z Kolonii, którego sekretarzem był wówczas młody teolog, Joseph Ratzinger. Dużą rolę w tej grupie odegrał też Maksymos IV Saigh, zwierzchnik Greckiego Melchickiego Kościoła Katolickiego.
 
Kiedy jednak przyglądamy się soborowi, warto pamiętać słowa Jana Pawła II, który powiedział: "sobór można w pełni i prawdziwie zrozumieć, jeśli pojmie się go niejako polityczną rywalizację, ale jako wydarzenie religijne, w którym głównym protagonistą był Duch Święty, a nie stronnictwa kościelne".
 
Losy soboru stanęły pod znakiem zapytania w dniu śmierci papieża Jana XXIII, 3 czerwca 1963 r. Wielu myślało, że to koniec Vaticanum II. Jednak kolejny papież, Paweł VI, poprowadził dzieło dalej. Choć był człowiekiem zupełnie innym od poprzednika, często niezrozumianym i odrzucanym zarówno przez "mniejszość" jak i "większość", szukał ścieżek porozumienia między ojcami soborowymi a światem. To on zdecydował się na bardzo ważne dla Kościoła gesty. Po drugiej sesji soborowej wyruszył w pielgrzymkę do Ziemi Świętej (co miało duży wpływ na rozwój dialogu międzyreligijnego), w czasie trwania czwartej sesji przemawiał w siedzibie ONZ. Wraz z prawosławnym patriarchą Konstantynopola, Atenagorasem I, dokonali wzajemnego zdjęcia ekskomunik rzuconych w 1054 r.
 
I to on doprowadził do zatwierdzenia 16 dokumentów tworzących Sobór Watykański II, zamknięty 8 grudnia 1965 r.
 
Urszula Wrońska 
List 23.10.2012
 
Literatura:
 
J. W. O' Malley SJ, Co się zdarzyło podczas Soboru Watykańskiego Drugiego, Kraków 2012.
J. Poniewierski, Krótka historia II Soboru Watykańskiego, "Znak", nr 680-687, 2012. G. Weigel, Świadek nadziei, Kraków 2002.
D. Horton, Vatican Diary 1962: A Protestant Observes the First Session of Vatican Council II, Filadelfia 1964, s. 43.
G. Weigel, Świadek nadziei, Kraków 2002, s. 201.
 
 



Pełna wersja katolik.pl