logo
Wtorek, 10 grudnia 2019 r.
imieniny:
Danieli, Bohdana, Julii, Romaryka – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Paweł Szpyrka SJ
Gdzie człowiek musi albo znieść cierpienie, albo zaprzeć się Boga
Posłaniec
fot. Jez Timms | Unsplash (cc)


 
Ogrom zmartwień ogarnął czułe i delikatne ciało naszego Najświętszego Zbawcy. Wiedział, że ciężka próba była blisko i już Go miała dosięgnąć: podstępny zdrajca, zawzięci wrogowie, wiążące sznury, fałszywe oskarżenia, oszczerstwa, ciosy, ciernie, gwoździe, krzyż i okropne tortury przeciągające się na wiele godzin. A ponad tym wszystkim męczyła Go myśl o przerażeniu uczniów, zatracie Żydów, nawet o zgubie tego właśnie człowieka, który tak zdradziecko Go wydał, i na koniec o niewysłowionym smutku Jego ukochanej Matki. Nadciągająca burza wszystkich tych nieszczęść wdarła się w Jego najdelikatniejsze Serce i zalała je tak, jak ocean rozlewa się przez przerwanie tamy.
 
Tomasz More w pustelni, którą nakazał wznieść w swoim ogrodzie w Chelsea, oddawał się lekturze i modlitwie. W piątki pościł i często rozważał Mękę Pańską. Opatrzność sprawiła, że mógł jej doświadczyć bardzo osobiście.
 
Dramat rozpoczął się właściwie 16 V 1532 r., kiedy złożył rezygnację z kanclerstwa. Król łaskawie ją przyjął, jednak już wtedy Tomasz zdawał sobie z tego sprawę, że człowiek niełatwo uwalnia się od własnych dobroczyńców. Pod wpływem nieprzychylnego otoczenia król coraz bardziej zaczął odczytywać jego odejście jako zuchwałą dezaprobatę dla jego reformatorskich działań. Po dwóch latach od rezygnacji More stanął przed lordami w Lambeth, jasno przedstawiając swoje stanowisko: Uważam, że każdy człowiek winien postąpić zgodnie z własnym sumieniem. I szczerze sądzę, że byłoby dobrą rzeczą, gdyby i mnie pozwolono postąpić zgodnie z moim. 17 IV 1534 r. został odesłany do Tower. Zaczęły się jego wielkie rekolekcje. Do swojej córki pisał: Niech nasz Pan umacnia mnie nieustannie w prawdzie, wierności i niezłomności, (…) będę szczęśliwy, jeśli Bóg powoła mnie jutro z tego świata. Dziękuję Bogu, że nie znam nikogo żyjącego, któremu życzyłbym choćby prztyczka z mego powodu, to właśnie daje mi więcej radości niż cała reszta świata.
 
Gdy w listopadzie 1534 r. Parlament uchwalił Akt Supremacyjny, Tomasz wyznał: Przeżyłem długo... obecnie nie mniemam, ani nie pragnę, bym żył dłużej. Do swego przyjaciela napisał: Od kiedy znalazłem się w Tower, już raz lub dwa spodziewałem się śmierci i zaiste moje serce było wtedy pełne nadziei. Nie zapominam, że mam długi rachunek, (…) pokładam jednak ufność w Bogu i zasługach Jego gorzkiej Męki, i błagam Go, by obdarzył mnie i umocnił w gotowości odejścia z tego świata, na spotkanie z Nim. (…) Najpokorniej błagam Go, żeby mi dał łaskę w taki sposób cierpliwie dostosować mój umysł do Jego najwyższej woli, żeby po niespokojnych wichrach mego burzliwego czasu Jego wielkie miłosierdzie mogło doprowadzić mnie do pewnego portu błogiej radości nieba, a po mnie także, według Jego woli, wszystkich moich wrogów.
 
Piętnastomiesięczny pobyt w Tower traktował jak wielkie rekolekcje. Porównując własne doświadczenia z Męką Chrystusa, More stopniowo dochodził do wniosku, że Opatrzność Boża właśnie jego wybrała na świadka wierności Kościołowi. Nie czuł się przygotowany do wzięcia tego brzemienia, jednak nie widział innego wyjścia. Pisał o tym w traktacie De Tristitia Christi, będącym zapisem refleksji podjętej w ostatnich miesiącach pobytu w Tower: I tak, gdy ktoś doszedł do miejsca, gdzie musi albo znieść cierpienie, albo zaprzeć się Boga, nie powinien wątpić, że jest to dla niego wolą Boga, że został doprowadzony do tego decydującego momentu. Dlatego słusznie może spodziewać się wszystkiego co najlepsze. (…) Dlatego, gdy sprawy doszły do miejsca, gdzie trzeba walczyć wręcz z władcą tego świata, szatanem i jego okrutnymi sługami, gdzie nie ma już żadnego sposobu, aby się wycofać bez hańby dla sprawy, wtedy człowiek powinien według mnie odrzucić strach i oddać się całkowicie łagodności, zaufaniu i nadziei. Tomasz bał się śmierci. Pisał o tym wielokrotnie we wzruszających listach z więzienia. Nie liczył na własne siły i bohaterstwo, a raczej przyzywał wytrwale Bożej pomocy.
 
Długo zastanawiał się nad sensem Jezusowego cierpienia. Według Morusa między innymi przyczynami, dla których nasz Zbawca raczył wziąć na siebie te uczucia ludzkiej słabości, ta, o której mówiłem, nie jest niegodna uwagi - myślę o tym, że kiedy stał się słabym dla słabych, mógł zatroszczyć się o innych słabych poprzez własną swoją słabość. Tak bardzo leżało Mu na sercu ich dobro, że wydaje się, iż cały przebieg jego konania został zamierzony przede wszystkim w tym celu, by ukazać sposób prowadzenia walki i kodeks bojowy dla żołnierza o słabym sercu, którego trzeba niejako porwać ku męczeństwu. Tomasz widział wśród tych zalęknionych przede wszystkim siebie, a także sobie współczesnych, którzy, z lęku przed niełaską, więzieniem i śmiercią, gotowi byli wyprzeć się Boga. Jego rozważanie jest pełne zachęty do naśladowania Pana.
 
Dokładnie nie wiadomo, kiedy Tomasz More zaczął spisywać swoje refleksje o Męce Pańskiej. De Tristitia Christi zawiera jednak niezwykłą mądrość o chrześcijańskiej, żołnierskiej wierności względem Boga w obliczu piętrzących się nad głową niebezpieczeństw, o poczuciu samotności i poważnego zagrożenia życia. Pokarmem duszy winna stać się wówczas dobra modlitwa, angażująca ciało i ducha, która w pełnym szacunku oddaniu powierza człowieka w ręce dobrego Boga: Zbawiciel poleca nam modlić się nie o to, żebyśmy pławili się w bogactwie, ani żeby nasze życie było nieprzerwanym pasmem przyjemności, żeby coś okropnego spotkało naszych wrogów, ani żebyśmy doznawali zaszczytów na tym świecie, ale raczej, abyśmy nie ulegli pokusie. Modlitwa winna korzystać z pomocy świętych orędowników, tak jak Chrystus doznawał anielskiego pocieszenia: Zawsze gdy rozważam ten urywek, zdumiewam się, jak szkodliwa jest niedorzeczność tych, którzy twierdzą, że próżne jest szukanie wstawiennictwa jakiegoś anioła lub zmarłego świętego. Więzień nie tyle chce polemizować z reformatorami odrzucającymi kult świętych, co raczej wyznać jasno swą wiarę w tajemnicę świętych obcowania, która w jego ciężkim położeniu sprawiała, że nie czuł się tak bardzo odosobniony w swoim wyborze.
 
Poruszający passus dotyka tajemniczego problemu aktywności zła i bierności dobra: Czy ten kontrast pomiędzy zdrajcą i apostołami nie jest dla nas jak gdyby wyraźnym i ostrym odbiciem w zwierciadle, smutnym i przerażającym obrazem tego, co działo się poprzez wieki od tamtych czasów aż do naszych? Dlaczego biskupi nie dostrzegają w tej scenie swej własnej ospałości? Objąwszy spuściznę i miejsca apostołów, czy odtwarzają ich cnoty tak gorliwie, jak skwapliwie przyjmują ich władzę, i tak wiernie, jak okazują ich lenistwo i ospałość? Tymczasem nieprzyjaciele Chrystusa są całkiem przytomni, aby siać występki i wykorzenić wiarę. Niektórzy z nich nie pogrążają się we śnie ze smutku i żalu jak apostołowie, ale raczej są odrętwiali i zagrzebani w zgubnych pożądaniach; tj. pijani młodym winem szatana, ciała i świata, śpią jak wieprze leżące w błocie.
 
 Tomasz More przez piętnaście miesięcy więzienia najbardziej się bał, że ulegnie różnorakim pokusom: łzom zrozpaczonej córki, prośbom kochającej żony, zastraszaniom ze strony dworzan, egzekucjom, które przygotowywano pod jego oknem i lękowi przed torturami, których się spodziewał. Bał się, czy wytrwa w postanowieniu: Jeśli kiedykolwiek zechciałbym dokonać zmiany, to niech Bóg sprawi, aby było już na nią rzeczywiście za późno... Bo im więcej zła czeka mnie tutaj, tym mniej, gdy stąd wyjdę.
 
Więzień kieruje także przestrogi dla błądzących, zwłaszcza tych, którzy piastują wysokie stanowiska. Co tylko jest najlepsze według natury, okazuje się w końcu najgorsze, jeśli raz zacznie odwracać swój kierunek. W ten sposób Lucyfer, stworzony przez Boga jako najznakomitszy spośród aniołów w niebie, stał się najgorszym z demonów, kiedy uległ pysze, która przyniosła mu upadek. Tytuły zobowiązują do moralnej doskonałości. More zauważa, że kiedy ludzie zwracają się do nich, używając uroczystych tytułów, nie zawsze mają powód do radości i dumy; takie tytuły są słuszne tylko wtedy, jeśli ci, którzy je noszą, mogą sobie szczerze powiedzieć, że rzeczywiście żyją odpowiednio do takich zaszczytnych imion przez sumienne wypełnianie swych obowiązków. Najbardziej piętnuje dwulicowość. Przywołując obraz Judasza, pisze: Pomiędzy wszystkimi okolicznościami nikczemnego czynu niełatwo znaleźć bardziej nienawistną dla Boga niż wypaczenie rzeczywistej natury dobrych rzeczy, aby je uczynić narzędziem naszej złości. (…) Jest to poważna obraza Boga, jeśli ktoś nadużywa prawa, aby spowodować te właśnie krzywdy, którym to prawo miało zapobiec, (…) ktokolwiek pod pozorem przyjaźni popełnia taką zbrodnię, jakby był wrogiem, jest nikczemnikiem, który aprobuje swoją nikczemność. More cenił sobie przyjaźnie ludzi, był wiernym i oddanym przyjacielem, nade wszystko jednak stawiał przyjaźń z Bogiem.
 
12 VI 1534 r. przeprowadzono rewizję w jego celi, zabrano mu książki. Ostatnie zdanie traktatu De Tristitia Christi brzmiało: Wtedy to położyli rękę na Jezusie…
 
Wypadki potoczyły się gwałtownie. 17 VI kardynał Fisher, biskup Rochester, został skazany na haniebną śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie. 22 VI w dniu św. Albana, pierwszego męczennika angielskiego, wyrok zamieniony z łaskawości króla na ścięcie mieczem wykonano. Głowa męczennika przez dwa tygodnie wisiała nabita na włócznię na londyńskim moście. 1 VII przyszedł czas na Tomasza. Jego obrona wprawiła w zdumienie wszystkich obecnych: Kto milczy, ten się zgadza. Każdy lojalny poddany ma większe obowiązki wobec sumienia aniżeli wobec całego tego przyziemnego świata, byleby tylko jego postępowanie nie stwarzało okazji do niepokoju w państwie i buntu przeciwko władcy. Zażądał ujawnienia rzekomych listów do Fishera. Nie było ich. Fałszywi świadkowie prokuratora generalnego zawiedli, zgodnie zeznając, że nie słyszeli nic zajęci pakowaniem książek. Z przedstawionych oskarżeń nie zostało nic. Wyrok jednak zapadł: Tomasz More miał być powieszony, miano mu wypruć wnętrzności i poćwiartować go. Król w swej łaskawości zamienił karę na ścięcie mieczem…
 
5 VII Tomasz napisał do swojej córki ostatni list, dołączając doń włosienicę, którą nosił całe życie w sekrecie nawet przed najbliższymi, także wówczas, gdy na piersi nosił łańcuch Kanclerza Anglii. Następnego dnia 6 VII było święto translacji relikwii św. Tomasza Becketa, patrona Tomasza, męczennika wolności Kościoła, i była oktawa święta Piotra Apostoła, którego następcy More chciał pozostać wierny. Uznał ten dzień za szczególnie odpowiedni. Dłużej nie chciał zwlekać. Posłuszny królowi, który zabronił mu przemawiać, swe orędzie skrócił do dwóch zdań: Módlcie się za mną bracia… Bądźcie świadkami, że umieram w wierze świętego Kościoła katolickiego jako wierny sługa króla, ale nade wszystko Boga!
      
Paweł Szpyrka SJ
Posłaniec Serca Jezusowego nr marzec 2004 
 
 



Pełna wersja katolik.pl