logo
Piątek, 15 listopada 2019 r.
imieniny:
Amielii, Idalii, Leopolda, Alberta – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Monika Białkowska
Cmentarz na samotność
Przewodnik Katolicki
fot. Anton Darius | Unsplash (cc)


Na groby nie idziemy po to, żeby płakać. Idziemy, żeby otrzeć łzy. I nie chodzi tylko o nadzieję zmarwychwstania, ale o siłę do codziennego życia. Chodzi o siłę, którą daje nam obcowanie świętych niekanonizowanych: naszych bliskich.

 

Badania wskazują, że przebywanie w samotności szkodzi zdrowiu tak samo, jak wypalenie piętnastu papierosów dziennie, bardziej niż otyłość czy brak aktywności fizycznej. Na samotność skarży się już co piąty Brytyjczyk. Około dwustu tysięcy z nich w ciągu ostatniego miesiąca nie rozmawiało z żadnym przyjacielem ani bliskim krewnym. Brytyjski rząd widzi problem i właśnie próbuje podejmować z nim walkę, szkoląc nie tylko lekarzy, ale nawet listonoszy, którzy według opracowanej przez rząd strategii mają „zwiększyć liczbę interakcji z osobami, które mogą cierpieć na samotność”. Rekomendować mają ludziom samotnym zaangażowanie w działalność społeczną lub wolontariat oraz pomagać im w otrzymaniu wsparcia ze strony rodziny i organizacji społecznych. Jednocześnie powstać mają lokalne kawiarnie, przestrzenie artystyczne i osiedlowe ogrody, ułatwiające zwłaszcza ludziom starszym nawiązywanie relacji z innymi. Tracey Crouch, odpowiedzialna za rządową walkę z samotnością Brytyjczyków, mówi: „Nikt nie powinien czuć się samotny lub mieć poczucia, że nie ma do kogo się zwrócić”.


Tylko co z tym wszystkim wspólnego mają zmarli i świętych obcowanie? Jeśli pod pojęciem świętych obcowania rozumieć (nieprawidłowo!) tylko relację z kanonizowanymi świętymi – pewnie niewiele. Jeśli jednak rozumieć je jako spotykanie z tymi, którzy odeszli przed nami i cieszą się wiecznością, świętych obcowanie może się okazać panaceum na współczesną samotność.

Człowiek został sam


Tezę tę zdaje się potwierdzać choćby rosnąca stale popularność badań genealogicznych w krajach wyżej rozwiniętych – zwłaszcza w USA, w Skandynawii czy wspomnianej wcześniej chorej na samotność Wielkiej Brytanii. Owa samotność nie wzięła się znikąd – zaczęła rosnąć wraz z zanikiem rodziny. I nie stało się dopiero w XXI w., ale już w XVIII, gdy rodziła się rewolucja przemysłowa. Zanim wybuchała, człowiek żył w małych, spokrewnionych wspólnotach, które wychowywały go i uczyły, zapewniały pracę w rodzinnych firmach i znajdowały współmałżonka, a wreszcie zapewniały opiekę w czasie choroby i na starość. Kiedy potrzebował domu, budowała go cała rodzina. Kiedy potrzebował pieniędzy, kiedy trzeba było znaleźć kogoś, kto go skrzywdził, kiedy chciał usłyszeć, co dzieje się w świecie, wszystko to otrzymywał w najbliższym otoczeniu. Szacuje się, że przed rewolucją przemysłową niespełna 10 proc. towarów i usług kupowano na rynku – resztę potrzeb zaspokajała rodzina.


Rewolucja przemysłowa wyrwała człowieka z tej pierwotnej wspólnoty i uczyniła go indywidualistą. Żeby stał się mobilny i żeby łatwiej go było zatrzymać przy taśmie produkcyjnej, rodzina musiała odejść na drugi plan. Pojawili się policjanci i urzędnicy, banki, systemy ubezpieczeń emerytalnych i zdrowotnych, publiczne i obowiązkowe szkoły, kredyty. Po raz pierwszy w swojej historii człowiek stał się samodzielny, niezależny i samowystarczalny – i został sam.

Stały punkt


Od tamtego czasu samotność się nie zmiejszyła, a życie nabrało rozpędu. Człowiek kilka razy w życiu zmienia pracę i kilka razy w życiu się przeprowadza. Zmienia grono przyjaciół, podróżuje na inne kontynenty, nawet małżeństwo coraz częściej traktuje jak wydarzenie przejściowe. Dla wielu to właśnie zmarli – ich imiona, daty urodzenia i groby są jedyną rzeczą, która pozostaje naprawdę niezmienna. Babcia, która umarła lata temu, na zawsze pozostanie taka sama i nie przestanie kochać. Ten stały punkt w życiu okazuje się wartością, która buduje tożsamość człowieka. Ten, kto prześledził historię swojej rodziny czy ze wzruszeniem brał do ręki rachunek, na którym widniał podpis prababci, nie powie o swoim życiu, że nie ma ono znaczenia, że niczemu i nikomu nie służy. Doświadczy, że w perspektywie szerszej niż „tu i teraz” ważny jest każdy człowiek i że znaczenie mają nawet epizody. Od tego tylko krok jest do odkrycia, że i on weźmie udział w długim łańcuchu świętych obcowania. Dziś na ziemi kocha tych, którzy odeszli – kiedyś w niebie odda miłość tym, którzy przyjdą po nim.

Inna historia


Filozof francuski Paul Ricoeur pisał, że choć historia jest historią ludzi śmiertelnych, śmierć zostaje w niej przekroczona. Dla historyków śmierć pojedynczego człowieka jeszcze do niedawna nie miała wielkiego znaczenia – narody, państwa i cywilizacje istnieją przecież niezależnie od niej. Dziś historię chcemy rozumieć inaczej. Próby spojrzenia na nią z perspektywy pozornie nieodgrywających znaczącej roli świadków wydarzeń pojawiają się coraz częściej. Takie właśnie jest Yad Vashem, takie jest Muzeum Powstania Warszawskiego, taka jest wreszcie nagrodzona ostatnio nagrodą Nike książka Marcina Wichy Rzeczy, których nie wyrzuciłem. Historia powszechna staje się w ten sposób bardziej zrozumiała i bliższa: bo wiem, który z wujów walczył w Powstaniu Wielkopolskim, jakie rany odniósł i jaką później dostawał rentę, chełpiąc się przy okazji nimbem bohatera. Już Czesław Miłosz pisał zresztą, że historia, jeśli nie można jej ożywić przez coś, co ma dla nas osobiste zabarwienie, zawsze będzie abstrakcyjna, wypełnią starcia anonimowych sił i schematy. „Jeśli wspominam o moich przodkach, to dlatego, że są oni dla mnie siłą. Dzięki nim mogę dotknąć dawnych strojów, mebli, pisma na pożółkłych dokumentach jako rzeczy niezupełnie dla mnie martwych. Jest to jakby kotwica, której lina idzie w głąb i trzyma nas niedaleko pewnego punktu” – przekonywał.

Jak ich spotkać?


Jak ożywia się historię i spotyka się ludzi z minionego świata? Tomasz Lem, syn Stanisława, opowiedział historię swojego ojca wyłącznie anegdotami. Marcin Wicha w swojej nagrodzonej książce wykorzystał sposób dość wyeksploatowany w literaturze – opowiadając historię matki przez pisanie o przedmiotach zgromadzonych w jej mieszkaniu. Wbrew pozorom nie muszą to być wcale przedmioty cenne czy historyczne. Po śmierci mojego dziadka, który był cukrzykiem, najbardziej wzruszył mnie i prowokował do opowiadania znaleziony w jego teczce papierek po lodach truskawkowych. Starszy pan w podróży, ukradkiem zjadający dziecięcy przysmak i zakazany owoc: to historia sprowokowana przez coś, co jest zwykłym śmieciem.


O ludziach, którzy odeszli, opowiadają znalezione między książkami listy, fotografie, nawet przepisy kulinarne. Jeden tylko ocalał nienaruszony w rodzinie po prababci: na jabłecznik w niczym nieprzypominający współczesnych szarlotek. Czy nie przenosi nas w przeszłość, do domu z czasów zaborów?


A może w przeszłość może przenieść krowa? Dorota Sumińska, znana z mediów lekarz weterynarii, opowiedziała historię swojej rodziny, pisząc o zwierzętach. – Nie było mnie jeszcze nawet w najśmielszych planach, kiedy krowa o imieniu Aza przechadzała się po gazonie w majątku Falemicze na Wołyniu – wspominała. – Aza nie tylko wyskubywała kwiaty z trawnika, ale paradowała zaopatrzona w coś w rodzaju wielkiego stanika. Była mistrzynią mleczności i jej ogromne wymię wymagało ochrony w postaci biusthaltera. Nikt nie miał prawa powiedzieć Azuni złego słowa. Wolno jej było wszystko, nawet wejść do jadalni. Aza była ulubienicą pierwszej damy w Falemiczach, mojej prababki ze strony ojca, hrabiny Ewy Halka-Ledóchowskiej. Ewa, poza tym, że była panią na Falemiczach, była najprawdziwszą Tatarką. Jej historia jest jeszcze bardziej niezwykła niż biustonosz Azy, bo jakże spadkobierca fortuny, hrabia Adam Halka-Ledóchowski, mógł ożenić się z prostą dziewczyną, Tatarką niemówiącą po polsku. Teoretycznie nie mógł, ale Adam nie był „teoretyczny”, lecz nad wyraz praktyczny. Ożenił się więc z nią. Historia związku tych dwojga mogłaby konkurować z romansem Romea i Julii – mówiła Sumińska.


Pewnie większość z nas nie ma w rodzinie hrabin, Tatarów ani historii Romea i Julii. Ale gdyby zacząć od zwierząt, czy nie powstałyby również opowieści o ludziach?

Miejsce w szeregu


Pokolenia, które minęły, zostawiły nam swój świat. My go bierzemy, zmieniamy i zostawiamy następnym, razem z naszymi opowieściami. Już Emmanuel Kant widział w tym pewien fenomen: „Zadziwiające jest, że starsze pokolenia zdają się podejmować uciążliwe wysiłki tylko dla dobra młodszych. Tworzą dla nich fundamenty, na których te mogą kontynuować dzieło budowy zamierzone przez samą przyrodę, tak by tylko młodsze pokolenia miały szczęście zamieszkiwać w gmachu, przy budowie którego pracował (wprawdzie bez jakiegokolwiek własnego zamiaru) długi szereg ich przodków, a którym nie miał być dany udział w wypracowanym przez nie szczęściu”.


Choć wydaje nam się, że pracujemy dla siebie, owoce pracy zbiorą ci, którzy przyjdą po nas. To dla nich bardziej niż dla siebie wymieniamy piece na te, które mniej szkodzą atmosferze, dla nich oszczędzamy wodę, sadzimy drzewa czy ratujemy pandy. Odkrycie, że włączeni jesteśmy w długi łańcuch pokoleń (nie anonimowy, ale złożony z naszych dzieci, wnuków, prawnuków, którzy znać nas będą z imienia!) sprawia, że człowiek musi skonfrontować się ze swoją odpowiedzialnością, której dotąd być może sobie nie uświadamiał. W wymiarze globalnym łatwo dziś tę odpowiedzialność określić i zamienić w konkretne gesty. Trudniej chyba zadbać o nią na poziomie rodzinnym. Po naszych dziadkach zostały fotografie na pożółkłym papierze, listy pisane wiecznym piórem, biblioteki pełne książek, stoły z prawdziwego drewna, porcelanowe filiżanki, złote pierścionki. Co zostanie po nas? Emotikony na internetowych komunikatorach, selfie w toalecie, kolekcja ebooków w chmurze, jednorazowe meble z IKEI, papierowe kubki i biżuteria z plastiku?

Dziedzictwo w nas


Jedno, co zostawimy na pewno, bo sami też to otrzymaliśmy, to cała masa informacji, przekazywana na poziomie biologii. I nie chodzi tylko o genetyczne podobieństwo: choć przecież i to, że ktoś mówi, jak podobni jesteśmy do pradziadka, sprawia, że uśmiechamy się do niego i do siebie.


Lubię opowiadać ją od czasu, gdy doświadczenie spotkało się z wiedzą i w tę historię ułożyło. Od zawsze bałam się ognia: nie takiego z ogniska czy kominka, ale płonącego domu. W nowych miejscach instynktownie sprawdzam drogi ewakuacji. Niepewnie się czuję tam, gdzie są kraty albo gdzie jest zbyt wysoko, żeby w razie niebezpieczeństwa wyskoczyć. Nigdy tego nie rozumiałam, ale w końcu każdy ma jakieś lęki. Kilka lat temu przeglądając starą prasę, a potem grzebiąc w parafialnych archiwach, poznałam historię mojego pra-pra-dziadka Augustyna. Zginął dokładnie 200 lat przed moim urodzeniem, a jego śmierć zauważono i odnotowano, bo spłonął w swoim własnym domu w wielkim pożarze miasta, kiedy wrócił po śpiące córki. Reszta rodziny przeżyła. Kiedy czytałam tamtą historię, poczułam się bezpieczna: już wiedziałam, skąd to mam. Nie potrzebowałam też wielkich badań naukowych na potwierdzenie prawdy o możliwości dziedziczenia emocji. Nie zmienia to faktu, że takie badania istnieją.

 

Niechciany bagaż?


Jeśli owcom obciąć ogony, ich dzieci będą mniej wrażliwe na ból niż pozostałe. Po trzęsieniu ziemi w Armenii w 1988 r. psychiatra z Los Angeles, prof. Armen Goenjian odkrył, że na zespół stresu pourazowego cierpią dzieci, które nie były świadkami kataklizmu i urodziły się wiele lat później. Prof. Kerry Ressler z Atlanty prowadził badanie na myszach, którym rozpylał lubiany przez nie zapach wiśni, a następnie drażnił je elektrowstrząsami. Wkrótce myszy reagowały lękiem na sam zapach wiśni – zaskakujące było jednak to, że takim samym lękiem reagowały na niego ich dzieci, które nie miały kontaktu z rodzicami, a nawet kolejne pokolenia wnuków. Wiadomo, że informacje te nie były przekazywane w genach. Badaniem tego mechanizmu zajmuje się epigenetyka: dziś wydaje się, że to nie w samych genach, ale w przyłączanych do nich grupach metylowych zakodowane są informacje, które pozwalają kolejnym pokoleniom szybko przystosować się do zmian środowiska, zanim będą mogły zajść powolne mutacje w genach.


Można te informacje, wspomnienia i lęki przodków traktować jako niechciany bagaż. Ale czy nie są one czymś, co pozwala nam lepiej poznać ludzi, dzięki którym jesteśmy dziś tacy, jacy jesteśmy?

Pogadać z prababcią


Nad grobami nie musimy płakać. Nad grobami możemy poczuć się bezpieczni i mniej samotni, bo otoczeni ludźmi naprawdę bliskimi, choć chwilowo po drugiej stronie życia. Idziemy tam, żeby spotkać tych, którzy dali nam swoje geny, swoje wspomnienia, zostawili nam swój świat. Żeby spotkać tych, którzy pewnie myśleli o nas z czułością, jak my teraz myślimy o naszych prawnukach, które mieć będą nasze uśmiechy. Dzięki świętych obcowaniu możemy razem z nimi stawać przed Bogiem: prosić o wieczność dla nich i wierzyć, że wstawiają się za nami. Wielcy święci też to robią – ale kto prosić będzie żarliwiej niż dziadek albo babcia, niż mąż czy syn? I jak pięknie będzie kiedyś spojrzeć im w oczy i przywitać się z prababcią!

 

Monika Białkowska
Przewodnik Katolicki 43/2018

 
 



Pełna wersja katolik.pl