logo
Czwartek, 09 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Marii, Dymitra, Wadima, Heliodora, Gaucheriusza – wyślij kartkę
Szukaj w


Facebook
 
Bartłomiej Kucharski OCD
Aby zrozumieć na czym polega prawdziwa mistyka
Głos Karmelu
fot. Josh Boot | Unsplash (cc)


Z o. Efremem Bieleckim, tłumaczem, karmelitą bosym, rozmawia Bartłomiej Kucharski OCD

 

Ojcze, od wielu lat zajmuje się Ojciec tłumaczeniem dzieł mistrzów duchowości i nie tylko ich. Proszę o zaprezentowanie swojego dorobku translatorskiego naszym Czytelnikom.

 

Szumnie brzmi pytanie, mówiące o dorobku translatorskim, choć mnie się wydaje, że czynię to bardzo nieudolnie, bo nie mam żadnego do tej pracy specjalistycznego przygotowania. Owszem, od czasów szkoły średniej miałem zamiłowanie do języków obcych. I do matematyki. Tak można było sądzić z ocen na świadectwie. Później zmusiła mnie do tego rodzaju pracy zwykła konieczność (stan zdrowia). Już w nowicjacie na użytek własny i Współbraci tłumaczyłem z języka łacińskiego brakujące partie dawnego naszego Ordinarium, choć poza ręcznymi odpisami nigdy te teksty nie ujrzały światła dziennego. Potem, w czasie seminaryjnych studiów teologicznych, próbowałem tłumaczyć potrzebne dla nas teksty karmelitańskie i umieszczać je w kleryckim czasopiśmie “Juventus Teresiana”, wydawanym na powielaczu. Przynaglał mnie do tego ówczesny nasz magister, śp. o. Rudolf Warzecha. On to gdzieś zdobył i podarował mi wspaniałą pozycję O sztuce tłumaczenia (praca zbiorowa pod redakcją Michała Rusinka, Wrocław, Ossolineum, 1955, ss. 559). Tę znakomitą i praktyczną pozycję przestudiowałem parę razy. W 1975 r. ukazał się drukiem jej drugi tom pt. Przekład artystyczny. O sztuce tłumaczenia – Księga druga (praca zbiorowa pod redakcją Seweryna Pollaka, Wrocław itd., Ossolineum, 1975, ss. 407). Te dwa opasłe tomy były moją szkołą translatorską.

 

Z kolei, jako sekretarz Prowincjała i Prowincji, musiałem spisywać protokoły z posiedzeń Definitorium Prowincjalnego (dziś Definitorium Prowincjalne nazywa się Radą Prowincjalną), z konieczności poszerzając znajomość języka łacińskiego. Na tym stanowisku musiałem również coraz lepiej poznawać język francuski i włoski, aby tłumaczyć przychodzące teksty urzędowe również w tych językach. Wtedy też za pośrednictwem Francuskiego Ośrodka Kultury w Warszawie mogłem sprowadzić kilkanaście pozycji książkowych z dziedziny religijno-teologicznej, a wśród nich sporo książek słynnego ks. W. Hünermanna. Jedną z nich, Święty i diabeł, już wtedy przetłumaczyłem. Ze względu jednak na wszechwładną cenzurę nie można było jej wydać drukiem. Nastąpiło to dopiero w 1982 roku Za nią poszły następne pozycje tego autora: Złoty świecznik, Mojżeszowe tablice, Zapieczętowane usta i Pasuję cię na rycerza. Traktowałem je jako wprawki w tłumaczeniu, choć na polskiej pustyni edytorskiej szybko rozeszły się w dużych nakładach. Dzisiaj żałuję, że dokonałem tłumaczenia z tłumaczenia, czego nie powinno się robić. Ale wtedy były takie czasy.

 

Po prawie dziesięciu latach tej pracy zostałem wysłany do Rzymu na studia specjalistyczne z Teologii Życia Duchowego. Zaraz na wstępie postawiono nam jako konieczny warunek do kontynuowania studiów i zdobywania stopni akademickich: znajomość dwóch obcych języków, oczywiście nie licząc łaciny i greki, które trzeba było znać już z czasów studiów seminaryjnych. Studia odbywały się głównie po włosku, ale literaturę przedmiotu z konieczności trzeba było poznawać, a następnie wykorzystywać do pisania pracy licencjackiej i doktorskiej we wspomnianych językach. Z natury rzeczy, skoro jedna trzecia wykładowców i kolegów na rzymskim Teresianum była Hiszpanami, trzeba było poznać i ten język.

 

Będąc w Rzymie, wdziałem bogate zbiory biblioteczne oraz uginające się pod ciężarem olbrzymiej ilości teologicznych i religijnych książek półki w księgarniach. Może nie zazdrość mnie brała, ale pragnienie, by w naszej kochanej Polsce można było jak najszybciej biblioteki zapełnić dobrymi pozycjami teologicznymi. Wprawdzie nie zaraz po powrocie do Kraju można było realnie o tym myśleć, ale z każdym rokiem pierścień cenzury państwowej stawał się coraz mniej dokuczliwy. Dopiero jednak po 1980 roku można było myśleć o częściowym choćby wprowadzeniu marzenia w rzeczywistość. Wtedy to, jak wspomniałem wyżej, ukazała się pierwsza pozycja przeze mnie przetłumaczona, tj. Święty i diabeł. A po niej poszły następne. Do ważniejszych zaliczyłbym następujące: Eulogio Pacho, Zakochany w Kościele (pozycja z okazji beatyfikacji bł. Franciszka Palau y Quer); Albino Marchetti, OCD, Zarys teologii życia duchowego; Nicola Lomurno, Boże, Ty mnie pragniesz; Federico Ruiz Salvador, OCD, Święty Jan od Krzyża; Elio Gambari, Życie zakonne pod Soborze Watykańskim II; Anastazy Ballestrero, Wiara, nadzieja i miłość drogą do świętości (rozważania rekolekcyjne); Praca zbiorowa, Święty Jan Boży; Anastazy Ballestrero, Rekolekcyjne rozważania dla przełożonych zakonnych; Bł. Elżbieta od Trójcy Świętej, Pisma wszystkie. Można by do tego jeszcze dodać niewielką serię Myśli i słów pięciorga świętych, błogosławionych i sług Bożych Zakonu Karmelitańskiego. Te ostatnie pozycje zostały przełożone i opracowane niejako na marginesie innych prac.

 

Ktoś powiedział, że tłumaczyć cudzy tekst, to tak jakby współtworzyć go na nowo. Czy to prawda? Zgadza się Ojciec z takim twierdzeniem?

 

Na pewno jest w tym twierdzeniu dużo prawdy. Jednak od razu należy przypomnieć inne twierdzenie, że tłumacz w swojej pracy kroczy niejako w okowach, spętany. Obowiązują go bowiem dwie zasady, wyrażone już w starożytności przez św. Hieronima (zresztą za innymi pisarzami czy tłumaczami świeckimi): musi zachować wierność tekstowi oryginalnemu, a równocześnie zachować pewną swobodę, unikając dosłownej, niewolniczej wierności. Wspomniany św. Hieronim tak to ujął: “nie słowo w słowo, lecz by myśl odpowiadała myśli”, bo “tłumaczenie dosłowne prowadzi do absurdu”. To balansowanie pomiędzy jedną i drugą skrajnością jest czasem bardzo trudne. W przypadku tekstów źródłowych, naukowych itp. trzeba zachować możliwie jak największą wierność oryginałowi. Natomiast przy tłumaczeniu tekstów beletrystycznych i poetyckich można, a nawet należy zachować dużą swobodę, jednakże nigdy nie wolno zniekształcać oryginalnych myśli autora. Związane z tym są jeszcze inne zasady: 1. trzeba dobrze znać język oryginału, 2. bardzo dobrze znać język, na który dokonujemy przekładu, 3. znać dobrze realia i środowisko oraz słownictwo z omawianej dziedziny, 4. należy dobrze poznać autora tłumaczonego tekstu i niejako z nim się zidentyfikować. Mocno się obawiam, że w praktyce niezwykle trudno mi jest stosować wszystkie te zasady.

 

Która z tłumaczonych pozycji dała Ojcu najwięcej satysfakcji i radości?

 

Chyba wszystkie, choć w jakimś sensie ostatnia, tj. Pisma wszystkie bł. Elżbiety od Trójcy Świętej. Rodzice zwykle najbardziej kochają najmłodsze dziecko.

 

Ostatnio, dzięki Ojca pracy, możemy zapoznać się z całością pism bł. Elżbiety. Czy mógłby Ojciec wskazać nam na te myśli, które najbardziej są Ojcu bliskie i wyjaśnić dlaczego?

 

Przede wszystkim urzeka u niej prostota wyrażania i przeżywania tego, co jest celem życia każdego człowieka, a nade wszystko chrześcijanina: wszyscy mamy dążyć na ziemi i w pełni osiągnąć w niebie to, co tak wspaniale wyraził św. Paweł i czym się zauroczyła bł. Elżbieta: mamy się stać uwielbieniem Majestatu Trójcy Przenajświętszej (po łacinie: mamy być laus gloriae, co na język polski jest wprost nieprzetłumaczalne) poprzez całkowite oddanie się Bogu, wyrażone przez nią po wiele razy jako cała Twoja. Nasuwa się mimo woli pytanie, czy Jan Paweł II nie zapożyczył od niej tego wspaniałego zawołania: totus Tuus, cały Twój, bo przecież doskonale znał pisarzy karmelitańskich i żył ich nauką. Czy to trzeba uzasadniać? Przecież, jak wspomniałem, to jest cel każdego życia ludzkiego, chrześcijańskiego, kapłańskiego, a tym bardziej zakonnego. Dlatego znani nam mistycy w podobny sposób tę wartość ujmowali. Przypomnijmy choćby kilka przykładów: św. Teresa od Jezusa wyraża to jako Bóg sam wystarcza, św. Jan od Krzyża: Wszystko – nic, św. Teresa od Dzieciątka Jezus: Ja wybieram wszystko, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej: Cała Twoja, św. Rafał Kalinowski: zupełne oddanie się Bogu, św. Teresa z Los Andes: należeć całkowicie do Boga, sługa Boży Stefan kard. Wyszyński: Soli Deo, sługa Boży Jan Paweł II: Cały Twój. Jest to jeden z głównych znaków, po którym możemy poznać, czy ktoś jest mistykiem.

 

Tłumacząc pisma wielkich mistyków, ma Ojciec wgląd w ich doświadczenie. Proszę nam powiedzieć, czy doświadczenie mistyczne, kontemplacja jest jeszcze możliwa we współczesnym świecie oraz czy można o niej pisać w sposób fascynujący i piękny?

 

Doświadczenie mistyczne i kontemplacja, mniej lub bardziej widocznie, zawsze towarzyszyły chrześcijaństwu, a więc są możliwe, owszem, powinny także dzisiaj być obecne w Kościele. Żeby jednak o nich w sposób fascynujący pisać, trzeba być mistykiem w prawdziwym znaczeniu tego słowa. W innym wypadku będzie to przysłowiowa mowa ślepego o kolorach.

 

Żyją wśród nas mistycy? Kogo by Ojciec wskazał jako najwybitniejszego mistyka współczesnych czasów? Proszę uzasadnić swój wybór.

 

Sługa Boży Jan Paweł II. Świadczy o tym jego życie i jego dokonania we współczesnym Kościele i świecie. Gdyby nie był mistykiem, nigdy by tego nie dokonał.

 

I na koniec proszę nam powiedzieć, jakie ma Ojciec najbliższe plany wydawnicze, co Ojciec aktualnie tłumaczy?

 

W moim “wieku poborowym” i przy obecnym stanie zdrowia jedynym planem realnym jest prośba zanoszona do Boga, aby mnie przygotował do szczęśliwego przekroczenia progu wieczności. Jeżeli mi jednak na to pozwoli i dopomoże, chciałbym skończyć i przygotować do druku Listy św. Teresy od Jezusa. Jest ich w sumie trochę więcej niż wszystkich pism bł. Elżbiety od Trójcy Świętej. One pomogłyby nam poznać życie jednej z największych mistyczek w Kościele niejako “od poszewki”, a tym samym trochę lepiej zrozumieć, na czym polega prawdziwa mistyka.

 

Rozmawiał Bartłomiej Kucharski OCD
Głos Karmelu, 6/2006

 
 



Pełna wersja katolik.pl